czwartek, 4 czerwca 2020

2. List do Kochanki (We wnętrzu serca)


Zdradzona.
To jedno słowo zawsze wydawało się jakąś abstrakcją. Zdrada? Nie, to mnie nie dotyczy, przecież ma przy mnie wszystko. Niepotrzebne mu kochanki, przygody i ekscytacje. Jego praca – bo przecież pracuje fizycznie – wypompowuje go do tego stopnia, że on nawet nie ma głowy do tego, by oglądać się za innymi. Zawsze jest w domu na czas, nie dostaje podejrzanych telefonów, nie pisze z nikim.
Ale tak się tylko wydaje.
Bo Ty jesteś obecna w naszym życiu, chociaż ja o tym nie wiem. Zapewne dużo o mnie wiesz, bo on mimochodem coś wspomni. A że nie mógł odpisać, bo siedziałam obok i oglądaliśmy film, nie mógł zadzwonić, bo byliśmy na zakupach, że w weekend się nie zobaczycie, bo wyjeżdżamy do mojej rodziny... Jestem tak samo częścią Twojego świata, jak Ty mojego, jednak ty masz tego świadomość, ja żyję w błogiej niewiedzy.
Tobie ten układ odpowiada, a przynajmniej przez jakiś czas jesteś z niego zadowolona. Ty, rozwódka, dwoje dzieci masz już dorosłych, dwoje w wieku nastoletnim. Też masz partnera, bo przecież dlaczego miałabyś nie mieć? Rozwód nie zobowiązuje Cię przecież do celibatu. Pracujesz w jakimś małym sklepie osiedlowym, gdzie każdy każdego zna. Żyjesz niby spokojnie, zwyczajnie. A potem poznajesz jego – mojego męża.
Podoba Ci się, bo nie ma co ukrywać – jest zadbany, wysportowany, lubi być atrakcyjny. Jest flirciarzem, zawsze nim był i o tym doskonale wiem. Podłapujesz jego teksty, niewinne uśmiechy. Niby kupuje tylko wodę lub przekąskę. Najpierw pojawia się raz, góra dwa razy w tygodniu, potem, gdy łapiecie lepszy kontakt, przyjeżdża codziennie. Nie jest nachalny, nie ukrywa niczego – od razu mówi, że jedzie do domu, do żony. Kocha mnie, bo jestem jego wymarzoną. Tylko coś się w nim wypaliło, brakuje mu tych młodzieńczych lat, kiedy dookoła było mnóstwo dziewczyn, nawet kobiet, bo nie jest tajemnicą, że pociągają go dojrzałe, doświadczone rozwódki.
Tobie to odpowiada. 
Nasze życie łóżkowe już od pewnego czasu pozostawia wiele do życzenia, Tobie zwyczajnie znudził się jeden, ten sam facet, który z resztą ma pretensje nie wiadomo o co. Każdego dnia czekasz, aż przyjedzie do sklepu po tą jedną butelkę wody, wypatrujesz przez okno, by po siedemnastej zobaczyć, jak przejeżdża obok, w drodze do mnie. Nieraz zatrąbi, by dać Ci znak, że o Tobie myśli, nieraz przejedzie obojętnie, jakbyś nie istniała. Wie, że to mała miejscowość i ludzie go znają, nie chce się rzucać w oczy, bo ciekawskie uszy mogą zbyt wiele usłyszeć, a jeszcze dłuższe języki wyciągnąć wszystko na światło dzienne.
Zasady są jasne. On się z Tobą kontaktuje, Ty nie masz nawet jego numeru telefonu, by Cię nie kusiło zadzwonić. Masz go jedynie w znajomych na Facebooku, czasami przeglądasz nasze zdjęcia, niby przypadkiem, ale gdzieś w środku rodzi się w Tobie nutka zazdrości. Spotykacie się w sklepie, bo przecież nie możesz go zaprosić do siebie, Twój facet dostałby szału. W naszym domu jestem ja, a wydawanie pieniędzy na hotele bardzo szybko by się wydało, zwłaszcza że mamy wspólne konto. Więc spędzacie krótkie, dosłownie kilkunastominutowe chwile na zapleczu, gdzie ty robisz to, co do Ciebie należy, a on po wszystkim wychodzi, jakbyś przed sekundą sprzedała mu jabłko.
Wszystko jest okej.
Ale Twoja zazdrość rośnie.
On nie chce rozmawiać, nie chce Cię słuchać i wgłębiać się w Twoje problemy. Ty masz dzieci, faceta, dom, niepotrzebne mu komplikacje. To miał być prosty układ – przyjeżdża, robisz mu loda i wraca do mnie, do żony wiernej, kochającej, naiwnej. A przynajmniej on chce wierzyć, że ja nadal nic nie wiem, nic nie czuję, nie widzę.
A widzę sporo.
Już dawno dostrzegłam jego dziwne zdystansowanie, które chwilę później maskuje przesadną czułością. Spóźnia się z powrotem do domu – nie dużo, bo ledwie pół godziny – ale przez dziesięć lat się to nie zdarzało. Czasami wyjeżdża wcześniej do pracy, chociaż doskonale wiem, że nie ma takiej potrzeby. Znam ludzi z którymi pracuje, żona jego kierownika to moja bardzo dobra koleżanka. Więc skoro jego kierownik wyjeżdża punktualnie o szóstej trzydzieści, dlaczego mój mąż wyrusza czterdzieści minut wcześniej?
Bo jedzie do Ciebie.
Nie śledzę go, nie szpieguję. Jestem cierpliwa, bo wiem, że to się w końcu wyda.
Oczywiście próbuję z nim rozmawiać, wypytuję, ale zbywa mnie słynnym „przestań szukać dziury w całym. Kocham cię, jestem z tobą szczęśliwy, nie potrzebuję nikogo innego. Gdyby ktoś był, powiedziałbym ci, przysięgam”.
Ale ja wiem, że kłamie. Znam go dziesięć lat, przeszliśmy razem zbyt wiele, bym nie dostrzegła tego lekkiego drgania powieki i delikatnej zmiany w tonie. Już wiem, że jest ktoś inny. Nie mam pewności, ale podświadomie to wiem.
I czekam dalej.
W tym czasie Ty zaczynasz wariować. Nie chcesz być dziwką od loda, a kobietą, której się pragnie nie tylko fizycznie, ale też mentalnie. Zaczyna Cię męczyć jego obojętność, zaczynasz nawet wypytywać o mnie, o nasze małżeństwo, o jego podejście i poglądy.
A on bardzo brutalnie sprowadza Cię na ziemię.
Nigdy nie byłaś kandydatką na partnerkę. Spodobałaś mu się wizualnie i tyle. Nie zostawi mnie, nie ma takiej opcji. Jestem tą, na którą czekał całe życie, umarłby, gdybym nagle zniknęła z jego świata. Nie masz prawa wnikać w nasze małżeństwo, bo nic nie znaczysz. Jesteś, bo na razie robisz dobrą laskę, kiedy mu się znudzisz, przestanie przyjeżdżać i zajmie się mną tak, jak na to zasługuję.
Myślisz, że to skurwysyn.
I masz rację.
On sam tak o sobie myśli, tylko nie powie Ci tego w twarz. Nie wyjawi, jak wiele godzin przesiedział w samochodzie, zastanawiając się, co on właściwie wyrabia. Przecież ma mnie, czułą, kochającą, zawsze gotową do pomocy. Tak wiele dla niego zrobiłam i robię nadal. Nawet zajmuję się jego ciężko chorą matką, wstaję do niej w nocy, pielęgnuję, biegam po lekarzach. On miał tylko zarabiać, utrzymać nas i zapewnić spokój.
W końcu coś w nim pęka. Widzi, że staję się coraz bardziej podejrzliwa. W jego sercu rośnie strach i pilnuje, by nigdzie nie zostawić telefonu – bo przecież mogłabym go przeszukać. A nieraz wypadnie mu z głowy, by usunąć wiadomości na Messengerze, bo tam zazwyczaj się z Tobą kontaktuje.
Zupełnie zapomina, że nigdy go nie szpiegowałam i nie kontrolowałam. Jeździł gdzie chciał, nawet na całonocne imprezy z kolegami. A przynajmniej robił tak, dopóki Koronawirus nie pozamykał wszystkich lokali. Wie, że to co robi może nie jest jakoś drastycznie złe, bo ludzie się zdradzają nie od dziś, ale ma świadomość tego, że strasznie tym mnie krzywdzi. Uświadamia sobie, do czego może dojść, jeśli wszystko wyjdzie na jaw.
Zaczyna Cię odwiedzać rzadziej. W końcu przyjeżdża tylko po to, by to zakończyć. Widzisz po nim, w jak wielką paranoję popadł. Jak ogromny strach go obleciał. Nie chce Ci się nawet tłumaczyć. Po prostu masz o nim zapomnieć i tyle. Bo to będzie lepsze dla całej naszej trójki, a nawet czwórki, bo przecież Ty też jesteś w związku.
Tylko Ty się zakochałaś.
Traktował Cię przedmiotowo, chłodno i protekcjonalnie, ale przy nim czułaś się ważna i w pewien sposób szczęśliwa. Miałaś nadzieję, że kiedyś poczuje to samo i razem ogłosicie światu swoją miłość. Nie byłaś gotowa na odrzucenie, na ten ból, który Ci zadał.
I nie zamierzałaś tego tak zostawić.
Odezwałaś się do mnie, bo podobno obudziła się w Tobie solidarność jajników. Zrozumiałaś swój błąd, romansując z żonatym facetem, krzywdzisz też jego rodzinę. Twoje sumienie nie dawało Ci spokoju, więc chciałaś mnie przeprosić.
Ale ja wiem, że to kłamstwo.
W Twoich wiadomościach wyczuwam desperację, ból i zemstę. Nigdy nie chodziło o wyrzuty sumienia, zwyczajnie chciałaś, by cierpiał tak, jak cierpisz Ty. Może liczyłaś, że go zostawię, zrobię awanturę i wyrzucę z domu, a wtedy on nie będzie miał wyboru i wróci do Ciebie. Nie spodziewałaś się jednak, że nie jestem typem wrzeszczącej, rozhisteryzowanej żony.
Zabolało. Och, jak bardzo boli świadomość, że człowiek, którego tak kochałam, oszukał mnie i zranił. To było trochę tak, jakbym zaczęła się rozpadać na małe kawałeczki. Wasz romans rozbił mnie psychicznie, zdeptał moje serce i zabił zaufanie.
Napisałaś do mnie około godziny dziewiątej rano. Wyjaśniłaś wszystko, nawet wysłałaś screeny rozmów, w których pisał, jak bardzo czeka, by „wsadzić fiuta w Twoje usta”. Był wtedy w pracy, więc zadzwoniłam do niego i powiedziałam krótko: „ o wszystkim wiem”.
Nie pytał, od razu się domyślił, że to Twoja sprawka. Oczywiście niemal natychmiast padły słowa przeprosin, błagań i deklaracja, że wraca do domu, on musi mi to przecież wyjaśnić. Powinnam krzyczeć, powinnam zrównać go z ziemią, ale poczekałam. Pozwoliłam, by usiadł na naszej kanapie, w naszym salonie i zaczął opowiadać o tym, dlaczego tak bardzo pragnął Cię mieć.
Problem polegał na tym, że nie potrafił mi tego racjonalnie wytłumaczyć.
Kocha mnie, wiem o tym i widzę to w jego oczach. Dostrzegam również to poczucie winy, jakie w nim drzemie. Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo płakał, błagając o wybaczenie. Był niczym małe dziecko, chłopiec, któremu odebrano zabawkę. Dosłownie wył ze strachu, że się spakuję i odejdę. Zabiorę wszystko, co mu dałam, całą moją miłość, troskę i czułość, a następnie odejdę gdzieś, gdzie w końcu zostanę doceniona.
Czegoś mu brakowało i znalazł to u Ciebie. Nie traktował tego jak coś długotrwałego. Wyznał, że od początku miałaś być tylko przygodą, nie miałaś większego znaczenia dla niego. Ale to nie było dla mnie ważne. Bo mnie nie interesowało jakie znaczenie miałaś, chciałam zrozumieć, czemu nie przyznał się sam, czemu nie powiedział, skoro tyle razy pytałam.
Powodem był paniczny strach.
On beze mnie jest jak niemowlę bez matki. Nie byłby w stanie przetrwać. To ja od dziesięciu lat dawałam mu motywację do walki i życia, to ja napędzałam go do działania. Stałam się powietrzem, bez którego nie mógłby oddychać.
Wiem, że cierpisz. Wyobraź sobie, jak muszę cierpieć ja. Ciebie z nim łączyła tylko cielesność, ja przez te wszystkie lata, wypracowałam relację psychiczną, bardzo bliską, dosłownie intymną. Tak, mam do niego pretensje, w końcu przez te wszystkie lata ani razu nie spojrzałam na innego mężczyznę, ale również mam pretensje do Ciebie.
Bo pozwoliłaś, by żonaty facet zawrócił Ci w głowie. Ty, kobieta, pozwoliłaś, by zraniono drugą kobietę. Ty, która kiedyś także zostałaś zdradzona, przyczyniłaś się do mojego bólu.
Wiem, że bardzo to Ciebie interesuje – nie wyrzuciłam go z domu.
I nie wiem, jak dalej będzie wyglądało moje małżeństwo, bo oboje je zniszczyliście. Mam jedynie nadzieję, że Ty, droga kochanko mojego męża, nigdy nie będziesz musiała czuć tego cierpienia. Życzę Ci tego z całego serca.
Trzymaj się, Zdradzona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz