W
czwartek, kiedy weszłam do szkoły, niemal natychmiast pojawiła się
przy mnie Ilona, wraz ze swoją świtą pustych przyjaciółeczek,
które z całą pewnością pragnęły wyglądać jak lalki Barbie.
Ona oraz jej trzy koleżanki – Sandra, Daria i Angelika zawsze
nakładały tonę tapety, włosy skrzętnie prostowały i udawały,
że były miss świata. Teraz jednak, chwyciły mnie za kurtkę,
zaciągnęły do łazienki, a tam Ilona pchnęła mnie na ścianę,
jakbym była jakimś workiem kartofli.
– Pogięło
cię? – zawołałam.
– Masz
się od niego odczepić, ty jędzo! – wrzasnęła i odrzuciła do
tyłu swoje długie, blond włosy.
– O
czym ty mówisz? – zapytałam poirytowana. Naprawdę nie miałam
ochoty wysłuchiwać tej bandy pustych idiotek.
– Masz
się odpierdolić od Kulczyckiego, jasne?! – Znów mnie pchnęła.
– Co
ty bredzisz, Ilona? – Spojrzałam na jej towarzyszki.
Wszystkie
spoglądały na mnie tak buntowniczo, że normalnie czułam się
baranek rzucony na pożarcie piraniom. Chociaż nie... czułam się
jak zdrowy człowiek wepchnięty do pokoju pełnego wariatów.
– Wiem,
że na niego lecisz – wycedziła i chwyciła mnie za koszulę,
wystającą spod rozpiętej kurtki.
No
nie...
– Ale
masz się od niego odczepić, rozumiesz? On jest mój!
– Po
pierwsze – chwyciłam jej dłoń i oderwałam ode mnie – to
koszula z NOWEGO JORKU, kumasz? York City, baby. Po drugie: swoje
gorzkie żale zanieś do kościoła, bo ja nie jestem księdzem, żeby
tego słuchać. A po trzecie: zdajesz sobie sprawę z tego, że
jesteś za głupia, za brzydka, i w ogóle zbyt kretyńska, żeby
Kulczycki zwrócił na ciebie uwagę?
Wszystkie
cztery wciągnęły ze świstem powietrze.
– Ty
wredna, ruda wywłoko! – wywarczała jak wściekły ratlerek. –
Myślisz, że nie wiem?! Widzę jak wodzisz za nim oczami, jak
biegniesz w skowronkach na te swoje durne lekcyjki!
Ziewnęłam
teatralnie, a potem wyminęłam te puste lalunie.
– Tak,
tak oczywiście – rzuciłam w ich stronę. – Nie wiem, co brałaś,
ale chętnie też spróbuję, bo masz zajebiste wizje. – Otworzyłam
drzwi i wyszłam z łazienki.
Mój
Boże, jak można być tak tępym? I to jest plemnik, który wygrał?
Serio?
Nagle
usłyszałam za sobą wściekły pisk i zanim się zorientowałam,
Ilona już szarpała mnie za włosy, drapała po ramionach i kopała
w nogi. Przez pierwszą chwilę byłam tak zaskoczona nagłym napadem
na moją skromną osobę, że pozwalałam rwać sobie włosy z głowy,
ale po chwili przestałam być bierna i też chwyciłam ją za te
blond kudły.
– Ty
szmato! – wrzeszczała, okładając mnie tymi swoimi bladymi
łapami.
Wokół
nas chyba zebrał się tłum, bo broniąc się przed tą skończoną
idiotką, słyszałam krzyki innych uczniów. Coś w stylu: „dawaj!”,
„wal ją!”, „z buta! Z buta w ryj jej!”. Nie wiem. Naprawdę
nie mam pojęcia jak dałam się wciągnąć w tę bójkę. Ja,
Charlotte Bright, okładałam się pięściami na korytarzu szkolnym?
Trzeba zapisać tę datę w kalendarzu.
Ktoś
chwycił moje ramię i próbował odciągnąć od Ilony, ale ta
uporczywie trzymała mnie za włosy i okładała kopniakami kolana. I
w sumie, nie byłam lepsza, bo robiłam dokładnie to samo.
– Puść
ją, Ilona! – wrzasnął Bartek.
To on
trzymał mnie za ramię, a drugą ręką próbował chwycić dłoń
dziewczyny.
– Pojebało
cię?!
Podszedł
do nas ktoś jeszcze, ale nie widziałam kto, bo ta blond dziunia
puściła moje włosy i chciała mi przywalić z pięści w nos,
jednak Bartek wskoczył przede mnie, niczym rycerz w lśniącej
zbroi.
– Nie
wtrącaj się! – wrzasnęła, próbując go wyminąć, jednak
zagrodził jej drogę.
Krystian
chwycił Ilonę w pół i zaczął odciągać, ale łatwo nie miał,
bo debilka szarpała się, jakby dostała ataku furii.
No
pięknie. Naprawdę zajebiście. Z samego rana już musiałam stoczyć
pojedynek z chodzącą lalką barbie i to z powodu nauczyciela. A nie
mówiłam, że wpakowałam się w gówno? Szczytem moich marzeń było
robić z siebie widowisko na środku korytarza. Serio. Do wszystkiego
brakowało tylko przyczyny tego zamieszania, czyli samego
Kulczyckiego.
– W
porządku? – zapytał Bartek, odwracając się w moją stronę.
– Tak,
jasne – rzuciłam. Moje serce waliło jak szalone, bolała mnie
głowa od szarpania, i dyszałam jakbym przebiegła miliony
kilometrów, ale tak... było w porządku.
– O
co poszło? – zapytał. Schylił się, podniósł mój plecak, a
tłum zaczął się rozchodzić.
– A
bo ja wiem? – Wzruszyłam ramionami i zabrałam od niego plecak. –
Rzuciła się na mnie, jak jakaś wariatka. – Piekła mnie prawa
skroń.
Bartek
sięgnął do kieszeni i wyciągnął paczkę chusteczek
higienicznych. Wyjął jedną z opakowania, a potem mi ją podał,
chociaż zupełnie nie wiedziałam, po co.
– Podrapała
cię – wyjaśnił, gdy przez chwilę gapiłam się na niego.
– Och...
– Tylko tyle z siebie wydusiłam, przykładając papier do skroni.
– Na
pewno wszystko ok? – dopytywał. – Może chcesz iść do
higienistki?
Nie.
Nie potrzebowałam nigdzie iść. Potrzebowałam się uwolnić od
bagna, w jakie wdepnęłam.
– Naprawdę
jest w porządku, Bartek – powiedziałam. – Dzięki. Za ratunek
też.
Posłał
mi lekki uśmiech.
– Polecam
się na przyszłość – rzucił wesoło. – Idę do szatni, daj
kurtkę, zaniosę przy okazji – dodał i zawiesił na jedno ramie
swój czerwony plecak.
– Jezu,
jesteś wielki. – Szybko ściągnęłam kurtkę.
Bartek
wziął ją ode mnie i odszedł, witając się jeszcze uściskiem
dłoni z jakimś szatynem, którego znałam tylko z widzenia. Ja
ruszyłam pod salę, gdzie już czekała na mnie Sara, a jej oczy
błyszczały z podekscytowania.
– Powiedz,
że dałaś jej popalić – powiedziała, jak tylko podeszłam. –
Wyrwałaś jej połowę klatrów z głowy? Przywaliłaś z prawego
sierpowego? Sprzedałaś porządnego liścia?
– Skąd
wiesz o bójce? – zapytałam, zerkając na chusteczkę.
– Kobieto!
Wszyscy o tym gadają! – Uśmiechnęła się szeroko. – Należało
się tej suce porządne manto. Niech wie, że z Bright się nie
zadziera!
– Jeju,
puknij się w głowę – powiedziałam. – To ona mnie zaatakowała.
Jest zazdrosna o... – rozejrzałam się czy nikt nie podsłuchuje –
o Kulczyckiego – dodałam ciszej.
Sara
zmarszczyła brwi.
– Są
ludzie i taborety – skwitowała, uważniej przyglądając się
mojemu zadrapaniu. – Do wesela się zagoi. – Znów posłała mi
szeroki uśmiech.
Pan
Robert spóźnił się na lekcje niemal piętnaście minut. Tego dnia
miał na sobie szary sweter wciągany przez głowę, zwykłe jeansy i
białe adidasy, a jego włosy były w lekkim nieładzie. Dokładnie
tak, jakby zaspał i dopiero wstał z łóżka. Moje serce szybciej
zabiło na jego widok, natomiast mózg pokazał środkowy palec i
odwrócił się plecami. Usiadłam na swoim zwykłym miejscu, jednak
mężczyzna odłożył dziennik na biurko i rozejrzał się po
klasie.
– Pouczcie
się słówek z piątego rozdziału – rzekł. – Później kogoś
przepytam. – Spojrzał w moją stronę, ale minę miał dziwnie
srogą. – Charlotte i Ilona pójdziecie ze mną.
Spojrzałam
na przyjaciółkę wielkimi oczami, a ta wzruszyła ramionami.
Wstałam
i wraz z moją niedawną rywalką wyszłyśmy z sali za nauczycielem.
Kulczycki prowadził nas w stronę pokoju nauczycielskiego w zupełnym
milczeniu. Doskonale wiedziałam, że zapewne chodzi o bojkę, bo po
co wzywałby nas obie? Tylko czy wiedział, że to on był przyczyną
tego całego zamieszania?
Profesor
otworzył przed nami drzwi do królestwa nauczycieli i wskazał
dłonią, że mamy wejść pierwsze.
Pokój
był duży, ściany miały kolor bieli, a na środku stała sofa
przykryta zielonym kocem w kratkę. Przed nią niewielki, porysowany
stolik do kawy oraz dwa fotele. Na prawo znajdowały się dwa duże
regały wypełnione książkami, między którymi było przejście,
chyba do dalszej części pomieszczenia. Na lewo stała ławka z
jakiejś klasy, na niej czajnik, szklanki i talerzyki, poukładane
jeden na drugim. Nad ławką wisiała niewielka półka, która
została wypełniona kolorowymi puszkami.
Kulczycki
wskazał ręką, że mamy usiąść na sofie, sam zaś zajął
miejsce na fotelu i spojrzał groźnie najpierw na Ilonę, później
na mnie.
– Mam
dzwonić po rodziców, czy od razu wzywać policję? – zapytał
ostro, bez ogródek, tak prosto z mostu.
Policję?
Po cholerę mu policja? Ilona spuściła głowę i chyba zamierzała
udawać niewiniątko, więc pan Robert, swoje szare spojrzenie wbił
wprost we mnie.
– Nic
nie zrobiłam – powiedziałam. – To Ilona mnie zaatakowała.
– Zamknij
się! – syknęła w moją stronę.
No
świetnie! Jeszcze zamierzała mi rozkazywać!
– Nie
wiem, która zaczęła – powiedział. – W szkole są kamery,
widziałem tylko jak okładacie się pięściami na korytarzu. Zanim
zbiegłem na dół, było już po wszystkim, ale to nie zmienia
faktu, że pobiłyście się na terenie szkoły. – Znów spojrzał
na Ilonę. – O co ta bójka?
Cóż...
jakby to powiedzieć... o ciebie, pomyślałam. Ten bezmózgowiec
jest zazdrosny i stąd ta afera.
– O
nic – powiedziała cicho Ilona.
– Naprawdę,
o nic? – zapytałam, patrząc na nią. – Zaatakowałaś mnie od
tak?
– Mówiłam
już, zamknij ryj!
– Dobra,
dzwonię po policję. – Mężczyzna wyciągnął telefon z
kieszeni, a Ilona drgnęła.
– Nie!
– zawołała. – Niech pan nie dzwoni!
– Nie
będę wysłuchiwał jakichś bzdur – powiedział ostro. – Albo
zaczniesz normalnie rozmawiać, albo dzwonię i do rodziców, i na
policję. – Znów spojrzał na mnie. – O co poszło? I nie mów
mi, że mam pytać Ilony, bo zamiast do twojej matki, zadzwonię do
ojca.
Szczęka
mi opadła. Co za wredny pajac!
– Ilona
jest zazdrosna o faceta – warknęłam zła. Jak ten cholerny
Adonis, mógł mnie szantażować ojcem?
Kulczycki
rozchylił usta, jakby nie wierzył własnym uszom.
– Słucham?
– zapytał.
– Uważa,
że chcę jej zabrać faceta sprzed nosa, co jest gówno prawdą. –
Spojrzałam na koleżankę. – Prawda Ilonka?
Rzuciła
mi krótkie, złowrogie spojrzenie.
– Prawda
– wycedziła przez zaciśnięte zęby.
– Już
wszystko sobie wyjaśniłyśmy, to było nieporozumienie.
Nauczyciel
patrzył raz na mnie, raz na nią. A ja? A ja wstałam i chciałam
sobie pójść. Nie miałam ochoty i przyjemności przebywać z tymi
ludźmi w jednym pomieszczeniu. Nikt nie będzie mnie szantażował,
zwłaszcza moim durnowatym ojczulkiem. Ilona też wstała, jednak
niepewnie.
– Ilona,
ty możesz iść – powiedział pan Robert. – Waszych rodziców i
tak poinformuję o zajściu, numery telefonów już spisałem z
dziennika.
Dziewczyna
wyglądała tak, jakby chciała coś powiedzieć, ale w końcu
kiwnęła tylko głową i ruszyła do wyjścia. A ja zaraz za nią.
Chciał dzwonić do mojej matki? Proszę bardzo! Miałam to szeroko w
dupie!
– Charlotte,
ty zostań.
Usłyszałam
jego głos i spojrzałam w te szare oczy. Byłam wkurwiona, jak
diabli. Ilona wyszła z pokoju nauczycielskiego i zamknęła za sobą
drzwi. Odczekałam chwilę aż odejdzie, wzięłam głębszy oddech i
robiłam co mogłam, by nie wybuchnąć.
– Nie
wiem, o co, ci człowieku chodzi – powiedziałam – ale gówno
mnie obchodzi, gdzie zadzwonisz. Nie będziesz mnie szantażował
moim ojcem, ani nikim innym, rozumiesz?! – No cóż... nie wyszło.
Wybuchłam.
– Nie
zapominaj się – powiedział i wstał. Nawet jeżeli był
zaskoczony moim zachowaniem, to skrzętnie to ukrywał. – Jestem
twoim nauczycielem.
– Ach,
teraz jesteś nauczycielem? – zapytałam z ironią. – A kim
byłeś, kiedy mnie całowałeś? – Odwróciłam się i chciałam
odejść, ale poczułam jak mężczyzna chwyta mnie za nadgarstek i
odwraca w swoją stronę.
– Chciałaś
normalności – przypomniał. – Więc jest normalność. Biłaś
się w szkole, a ja jako twój nauczyciel, muszę na to reagować.
Twojej wychowawczyni nie ma, i na razie nie będzie, więc to ja
przejmuję jej obowiązki wobec całej twojej klasy.
Jak to
nie ma? I nie będzie? Jeszcze tego brakowało, żeby objął
wychowawstwo mojej klasy!
– Jeżeli
szantażowanie uczennicy, jest dla ciebie normalnością, to
gratuluję światopoglądu – powiedziałam i spróbowałam wyrwać
rękę, ale na marne.
Uścisk
Roberta był mocny, ale nie na tyle, by sprawiał ból. Wręcz
przeciwnie, po całym moim ciele rozchodziło się to przyjemne
mrowienie, gorąco, które docierało do nawet najskrytszych
zakamarków.
– Dziewczyno,
czy ty oszalałaś? – zapytał łagodniej. – Niczym cię nie
szantażuję, nie jestem tutaj od tego. – Poluźnił uścisk,
jednak nie zabrał dłoni. – Nie chcę, byś pakowała się w
kłopoty.
– Uwierz,
że ja też tego nie chcę – odpowiedziałam. – Ja się tylko
broniłam.
Robert
westchnął.
– W
porządku – rzekł. – Wiesz, że muszę zadzwonić do twojej
mamy. – Palce mężczyzny zaczęły się przesuwać w dół.
Teraz
dotykały mojej dłoni, którą jak się okazuje, miałam zaciśnięte
w pięść i nawet o tym nie wiedziałam. Ale on nie mógł mnie
dotykać... Nie mógł! Jednak jego skóra była tak cudownie ciepła,
taka szorstka.
– Wiem
– odpowiedziałam, niemal szeptem.
– Biłyście
się w miejscu, gdzie sięga kamera. Dyrektor może być
zainteresowany, więc lepiej żebym porozmawiał z twoją mamą.
Chyba
mi się wydawało, ale oczy mojego nauczyciela zaszły taką jakąś
ledwo dostrzegalną mgłą. Chyba Ilona poturbowała mnie bardziej,
niż przypuszczałam.
– Okej.
Dłoń
Roberta trzymała moją, jego szare oczy ponownie wpatrywały się w
moje. Przecież miało być normalnie... Między nami zapadła cisza,
pełna... sama nie wiem czego. Kulczycki delikatnie – i chyba
niechętnie – puścił moją dłoń i zrobił trzy kroki w tył.
Między nami nic nie było normalnie. I chyba już nigdy takie nie
będzie.
Lekcje
mijały spokojnie. Po powrocie do sali, Robert ogłosił całej
klasie, że nasza wychowawczyni nabawiła się zapalenia płuc i na
czas jej nieobecności, to on będzie sprawował rolę naszego
wychowawcy. Podczas zajęć zachowywał się tak jak zawsze, i nie
pokazywał, że między nami do czegoś doszło. Znów zaczęłam się
bać zajęć indywidualnych. Podczas normalnych lekcji było wszystko
w porządku, ale kiedy zostawaliśmy sami, tworzyła się między
nami dziwna, magnetyczna siła. Bliska obecność tego mężczyzny
zabierała mi możliwość skupienia się i nie potrafiłam zebrać
myśli.
Byłam
pewna, że powrót do normalnych relacji między nami, będzie
prostym zadaniem. Ten jeden, namiętny pocałunek, planowałam
wymazać z pamięci i żyć tak jak wcześniej, ale niestety ogromnie
się myliłam. Zamiast coraz lepiej, było coraz gorzej, bo obudziło
się we mnie pragnienie powtórzenia tej krótkiej, zakazanej chwili
zapomnienia.
Wieczorem
siedziałam na łóżku i przeglądałam coś na laptopie, kiedy z
dołu dobiegł mnie dźwięk trzaskających drzwi, a następnie
gwałtowne tupanie damskich obcasów. Było to tak intensywne, że
dziwiłam się, iż schody nie pękły pod naporem, a kilka sekund
później drzwi mojego pokoju otworzyły się z impetem i odbiły od
ściany. W progu stanęła matka Teresa, rzuciła na moje łóżko
swoją torebkę, następnie kurtkę i oparła ręce na biodrach. Jej
spojrzenie mówiło, że chyba wymordowałam jej pół rodziny.
– Bójka
w szkole! – zawołała, dysząc jak ktoś z wścieklizną. –
Bójka! Moja własna córka, okłada się pięściami, jak jakiś
szermierz!
– Pięściarz
– poprawiłam ją.
– PRZESTAŃ!
– krzyknęła. – Nie wiem, co ci strzeliło do tego twojego łba,
ale nie życzę sobie, żeby dzwonił do mnie jakiś tam
nauczycielek, i pieprzył mi farmazony o tym, że moje dziecko
zamiast się uczyć, chodzi do szkoły po to, by robić z siebie
worek treningowy!
Oderwałam
wzrok od ekranu laptopa i spojrzałam na Teresę. Czy mi się
wydawało, czy ta kobieta, pierwszy raz w życiu, gadała jak
NORMALNA matka?
– Dobrze
się czujesz? – zapytałam.
– Do
jasnej cholery, Charlotte Bright, natychmiast mi to wyjaśnij! –
wrzasnęła.
– Broniłam
się tylko – powiedziałam. – To Ilona mnie zaatakowała. Miałam
stać i pozwolić, żeby wyrwała mi wszystkie włosy?
Mama
wypuściła z płuc powietrze i opadła na łóżko, obok mnie.
– Dzwonił
do mnie ten twój nauczyciel – zaczęła nieco spokojniej. – Ten
Kluczyński.
– Kulczycki
– ponownie ją poprawiłam.
– Nieważne.
– Machnęła ręką. – W każdym razie, dzwonił i powiedział,
że zrobiłyście z koleżanką ring ze szkolnego korytarza.
– Niczego
nie robiłam! – zawołałam. – Wyszłam z łazienki, a Ilona na
mnie z pięściami skoczyła!
– Nieistotne.
– Uniosła rękę, jakby chciała mnie przed czymś powstrzymać. –
Dowaliłaś jej chociaż? – dodała.
Okej...
Matka Teresa wróciła.
– A
bo ja wiem... – Wzruszyłam ramionami. – Chyba odniosłam większe
obrażenia. – Wskazałam niewielkie zadrapanie na skroni.
Chwyciła
moją brodę w dwa palce i odwróciła mi głowę w bok, by lepiej
się przyjrzeć.
– Co
za suka – skwitowała, a ja parsknęłam śmiechem.
– Mam
szlaban? – zapytałam.
Mama
zrobiła minę, jakby się poważnie nad tym zastanawiała.
– W
sumie, nie umrzesz od jednego szlabanu. – Uśmiechnęła się.
– Zero
wychodnego? – Udałam zawiedzioną.
– Zero
– potwierdziła. – Szkoła, dom i te sprawy. – Puściła w moją
stronę oczko, a następnie wybuchła śmiechem.
(Sara)
W tym
samym czasie, Sara bez pukania weszła do pokoju swojego
przyszywanego brata. Chłopak siedział przy komputerze ze
słuchawkami na uszach, i grał w jakąś – jak wywnioskowała –
brutalną grę. Na ekranie tryskała krew, a animowane postaci padały
martwe u stóp człowieczka, którym sterował Artur. Nie zauważył
jej, więc opadła na łóżko i chwyciła książkę, która leżała
na stoliku nocnym. Przewróciła się na bok, by być przodem do
Artura i zaczęła przeglądać strony, czytając niektóre
fragmenty. Wywnioskowała, że chłopak lubił czytać kryminały i
skrzywiła się nieznacznie. Nie przepadała za taką literaturą.
Artur
spojrzał na Sarę ze zdziwieniem. Wcisnął pauzę, ściągnął
słuchawki i zawiesił je sobie na karku.
– Nie
pomyliłaś pokoi? – zapytał, jednak ton był spokojny i uprzejmy.
– Mam
sprawę – powiedziała i zamknęła książkę. – Rodzice
wyjeżdżają z dziewczynkami na weekend – zaczęła.
– Wiem
– odpowiedział. – Twoja mama mówiła przy kolacji.
– Chcę
zrobić imprezę. – Spojrzała wprost na Artura. – Dużą
imprezę. Taką z prawdziwego zdarzenia.
Uniósł
jedną brew do góry.
– A
rodzice o tym wiedzą?
– Właśnie
o tym chcę z tobą pogadać. – Wstała. – Mają się nie
dowiedzieć.
Artur
zaśmiał się cicho.
– Chcesz
żebym nie kablował, że planujesz rozpierdziel domu – zgadł. –
A może całkowicie mam się ulotnić na czas zabawy?
– Wystarczy,
że będziesz cichutko siedział w swoim pokoju, i nikomu nie
piśniesz słówka. – Założyła ręce na piersi.
– Dobre
– znów się zaśmiał. – Niezła jesteś, przyznaję. Ale nie
będę brał udziału w tym przedstawieniu.
Sara
zrobiła srogą minę, pochyliła się i dłonie położyła na
podparciach fotela, na którym siedział Artur. Spojrzała prosto w
jego niebieskie oczy.
– Posłuchaj
mnie, ty marna imitacjo faceta – zaczęła groźnie – chcę
zrobić imprezę i ją zrobię. Nawet jeżeli będę musiała cię
związać i zamknąć na strychu.
– Uuu
– zmarszczył czoło – bo się przestraszę.
Zacisnęła
zęby ze złości. Chwyciła Artura za włosy i odciągnęła jego
głowę do tyłu.
– Pytam
po raz ostatni – rzekła. – Nie wykapujesz mnie?
Patrzył
przez chwilę na Sarę, a potem na jego usta wkradł się krzywy,
kpiący uśmiech. Chwycił dłonie dziewczyny, szybko wstał,
wyginając jej ręce do tyłu i zamknął w żelaznym uścisku na
plecach. Stali tak blisko siebie, że stykali się ciałami. Sara
musiała zadrzeć głowę do góry, by móc patrzyć na Artura, a ten
wciąż się uśmiechał. W jego oczach tańczyły wesołe ogniki i
nastolatka zrozumiała, że chłopak się z nią droczył.
– A
co ja będę z tego miał – wyszeptał jej do ucha – księżniczko?
– Świnia!
– wyrzuciła z siebie i spróbowała oswobodzić ręce, ale na
marne.
Artur
nie poluzował uścisku.
– Jeden
taniec – powiedział normalnym głosem, patrząc na dziewczynę z
góry. – Zatańczysz ze mną na tej swojej imprezie. – Puścił
ją i Sara natychmiast się cofnęła.
– Spadaj!
– zawołała, uderzyła Artura w ramię i wybiegła z pokoju,
trzaskając za sobą drzwiami.
Serce
waliło jej w piersi, krew w żyłach wrzała, a na uchu nadal czuła
jego oddech. Oparła się plecami o drzwi i wypuściła z płuc
powietrze. Taniec. Jeden, jedyny taniec, w zamian za milczenie. Na
twarz Sary, mimowolnie, wkradł się delikatny, szczery uśmiech.
_____________________
To już ostatni rozdział z maratonu LOTTE.
Kolejny pojawi się niedługo :)
W kwietniu debiutuję na rynku wydawniczym z moim ukochanym dzieckiem literackim pt. Zapach róży. Książka już jest dostępna w przedsprzedaży w EMPIK <--- KLIKNIJ :)
Niedługo pojawi się tutaj więcej wpisów. Pozdrawiam cieplutko!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz