niedziela, 4 grudnia 2022

4. LOTTE - PROLOG

 
Gotta slow up, gotta shake this high
Gotta take a minute, just to ease my mind
Cause if I don't walk then I get caught up
And I'll be falling all the way down.

Słowa piosenki dudniły w słuchawkach podłączonych do mojego telefonu. Leżałam na łóżku ubrana w nienaganny galowy strój i patrzyłam tępo w sufit. To już koniec, powtarzałam sobie w myślach. Dzisiaj wszystko się skończy. Już nie płakałam. Wylewałam łzy przez całą noc, teraz, kiedy nadszedł ranek zwyczajnie już ich nie miałam. Moje kanaliki łzowe wyschły jak pustynia i potrzebowały porządnego deszczu, aby znów się napełnić. Przez ostatnie godziny nie miałam żadnej wiadomości od Roberta. Może to nawet lepiej. On dokonał już wyboru. Przedstawił swoje stanowisko w tej sprawie. Dzisiaj nadeszła kolej na mnie. Nie będę nic ukrywała, powiem wszystko tak jak było naprawdę. Nawet jeżeli miałoby to skutkować zaprzepaszczeniem mojej nauki i przyszłości. Nawet jeżeli pogrążę tym Roberta i jego karierę. On ich wszystkich okłamał, z premedytacją i z obawy o siebie. Nawet przez chwilę nie pomyślał o tym, co poczuję, kiedy dowiem się, że nazwał mnie „popieprzoną gówniarą, która wymyśliła sobie wszystko”. Zaśmiałam się cicho pod nosem. Ja byłam popieprzoną gówniarą... To tak nieprawdopodobne, że aż śmieszne. Do drzwi mojego pokoju rozległo się ciche pukanie i do środka zajrzała głowa mojej mamy.
Skarbie? — zapytała cicho i niepewnie weszła do pokoju.
Podeszła do mnie i przycupnęła na brzegu łóżka. Moja kochana mama. Jak zwykle wyglądała idealnie. Miała na sobie białą koszulę, czarną spódniczkę i wysokie szpilki. Ciemne włosy spięła w rozpadającego się koka, a zielone oczy podkreśliła eyelinerem oraz tuszem. Twarz bez zmarszczek pokryła delikatną warstwą pudru, a usta pomalowała błyszczykiem... zapewne moim. Była piękną kobietą.
W porządku mamo — mruknęłam tylko i znów spojrzałam w sufit.
To znaczy... chciałam żeby sądziła, że jest w porządku. Nigdy nie mogłam zrozumieć czym sobie zasłużyłam na taką matkę. Inni rodzice na jej miejscu urządzaliby mi awantury, dawali szlabany, trzaskali drzwiami i rzucali czym popadnie. A moja mama? Ona przyjęła wszystko ze stoickim spokojem... No prawie. Mało tego! Broniła mnie przez ten cały czas! Zawsze uważałam, że jest nienormalna, ale w ostatnich dniach upewniła mnie w tych przypuszczeniach.
Musimy jechać — powiedziała i dotknęła mojej ręki. Miała taką ciepłą i delikatną dłoń.
Okej — znów mruknęłam i wyciągnęłam słuchawki z uszu.
Po raz pierwszy w życiu miałam do szkoły jechać samochodem. Po raz pierwszy w życiu nie biegałam po domu jak szalona w poszukiwaniu książek, zeszytów i plecaka. Po raz pierwszy w życiu posprzątałam swój pokój i wychodziłam z domu punktualnie... Po raz pierwszy i ostatni.
W szkole było mnóstwo ludzi, ale nie mówiło się o niczym innym jak o mnie. Gdy szłam u boku mamy do dyrektora uczniowie wskazywali mnie palcami, patrzyli na mnie i szeptali między sobą kąśliwe uwagi. Mama szła obok mnie dumna, z wysoko uniesioną głową i czarną torebką na ramieniu. Wyglądała na pewną siebie i zdeterminowaną. Och mamo... tak bardzo chciałabym być tobą.
Gdyby udało im się mnie wyprowadzić z równowagi — powiedziała nagle, gdy wchodziłyśmy schodami na piętro. — To powstrzymaj mnie zanim zrobię komuś krzywdę, dobrze?
Masz przy sobie jakieś ostre narzędzia? — zapytałam, a mama uśmiechnęła się lekko.
Tylko pilnik do paznokci i grzebień do tapirowania. — Spojrzała na mnie i puściła mi oczko.
Czyli broń masowego rażenia — stwierdziłam.
Uśmiech na twarzy mojej mamy przybladł i wiedziałam dlaczego. Przed nami, koło drzwi sekretariatu stali ONI. Ci którzy mieli wydać "wyrok". Wyrok za to, że zaufałam. Oddałam całą siebie. Pokochałam....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz