sobota, 10 grudnia 2022

LOTTE - Rozdział 1

Zawsze wiedziałam, że moja matka była zdrowo rąbnięta, ale tamtego dnia totalnie przegięła. Była godzina szósta, a ta wredna kobieta, stała na środku mojego pokoju – wyglądającego zresztą, jakby odbyła się w nim trzecia wojna światowa – i gapiła się na mnie. Po prostu, od tak, stała w tym całym burdelu, i bez żadnego skrępowania, gapiła się na mnie, jakbym była jakimś niezwykle ciekawym eksponatem. Okej... może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ten babsztyl stał w moim pokoju w samej bieliźnie.
LITOŚCI!
Czy ja naprawdę nie miałam nic lepszego do roboty, tylko oglądanie mojej własnej rodzicielki, paradującej półgołej po domu?! Dobra, może widok jej gołej, byłam w stanie jakoś zdzierżyć, nie mogłam znieść jej durnych pytań, rzucanych w moją skromną, zaspaną osobę. A jeszcze pięć minut wcześniej, miałam przed oczami cudownego, boskiego, zajebiście seksownego modela, który zamierzał mnie pocałować. I byłam skłonna uwierzyć, że już za sekundę będę się miziać z cudownym półbogiem, gdyby nie fakt, że ktoś zaczął mną szamotać na prawo i lewo, a kiedy otworzyłam oczy, ujrzałam moją kopniętą matkę. Niemalże gołą.
No i masz babo placek!
Półbóg krzyknął przerażony, skrył się gdzieś pod moim łóżkiem i za żadne skarby świata nie chciał stamtąd wychodzić. A to był taki piękny sen...
Kobieto, ty jesteś nienormalna — powiedziałam i walnęłam głową o poduszkę.
Błagam, pomyślałam. Chcę chociaż na chwilę wrócić do mojego snu!
Lotte, no spójrz! — zawołała mama, a ja niechętnie otworzyłam oczy.
Nie, nie wyrosła ci dodatkowa głowa, trzecia ręka i nos Pinokia — warknęłam z przekąsem. — Wyglądasz dokładnie tak samo, jak wczoraj.
Pytałam się, czy jestem gruba! — zawołała, podniosła z podłogi stertę moich ciuchów i rzuciła nimi we mnie.
No błagam! Jeszcze zamierzała mnie bombardować z samego rana!
Tak! — krzyknęłam. — Jesteś gruba jak prosiak, i weź idź zmień psychiatrę, bo ten cię oszukuje!
Mama założyła ręce na piersi i zmrużyła złowrogo oczy.
Charlotte! — rzuciła ostrzegawczo, na co przewróciłam oczami.
Naprawdę nie rozumiałam, o co tej kobiecie chodziło. Przecież w domu były lustra, więc doskonale widziała, że była w świetnej formie!
Teresa Bright, czyli moja mama, to czterdziestolatka z urodą dwudziestolatki. Jej twarz, posiadająca prosty, niewielki nos, duże zielone oczy, lekko wystające kości policzkowe i podłużne, szerokie usta, nie miała na sobie nawet jednej, najmniejszej zmarszczki. Wąska talia, niewielkie piersi, płaski brzuch, krągłe pośladki i długie, zgrabne nogi, były atutami, których mogła jej pozazdrościć niejedna nastolatka. Czasami się zastanawiałam, czy moja rodzicielka nie podpisała jakiegoś paktu z diabłem, bo znałam niewiele kobiet, które w jej wieku wyglądały tak świetnie. Chociaż w sumie, to nie znałam żadnej innej kobiety, która miałaby taką świetną formę w wieku czterdziestu lat.
Przecież nie jesteś gruba! — zawołałam, unosząc ręce w geście poddania. — Jak możesz być gruba, skoro cały czas jesz trawę?
Nie jem trawy — wsparła dłonie na biodrach — tylko zdrową, ekologiczną żywność. Swoją drogą, ty też mogłabyś zacząć się lepiej odżywiać.
Tak, tak — mruknęłam i zaciągnęłam kołdrę na głowę.
Czy mój półbóg nadal był pod łóżkiem? Mógł jeszcze do mnie wrócić?
Cóż... moja matka już taka była. Co kilka dni stawała półgoła w moim pokoju, albo kuchni, ewentualnie w salonie i pytała, czy przytyła. Nie do końca wiem, po co to robiła, ale podejrzewałam, że w ten sposób próbowała siebie dowartościować. Moi rodzicie rozwiedli się trzy lata wcześniej, zaraz po tym, jak mama odkryła, że ojciec ma inną kobietę. I jakąś tam babkę może jeszcze byśmy z mamą zniosły, jednak mój czterdziestodwuletni ojciec, związał się z kobietą dziesięć lat starszą od siebie. I chociaż z mamą rzadko rozmawiałyśmy na ten temat, musiała się poczuć bardzo niedowartościowana, nieatrakcyjna i totalnie do dupy, skoro mąż wymienił ją na starszy model.
Istna paranoja.
Zdarzają się takie momenty w życiu człowieka, kiedy ten próbuje zasnąć, ale jakieś dziwne dźwięki mu to uniemożliwiają. Zazwyczaj wtedy pojawia się irytacja i chęć zniszczenia całego świata, a zwłaszcza źródła tego hałasu. Właśnie tak się poczułam. Normalnie zapragnęłam chwycić coś ciężkiego i sieknąć tym w moją matkę, która zaczęła w coś walić, stukać, pukać i stękać przy tym jak kot z chorobą wściekłych krów. Wkurzona odgarnęłam kołdrę, i ujrzałam moją mamę, próbującą otworzyć szafę.
O nie, pomyślałam. Tylko nie ta szafa!
Nie otwieraj tego! — zawołałam, ale już było za późno.
Drzwi ustąpiły, a na moją matkę zwaliły się tony ubrań, kartonów po butach, samych butów i nie do końca wiedziałam, czego jeszcze. W tamtym momencie, Teresa Bright, leżała przywalona wszystkimi moimi rzeczami, których nie chciało mi się układać, z koronkowymi figami na głowie, i rozglądała się zdezorientowana dookoła.
Lotte! — zawołała. — Zadzwoń po pogotowie, jakaś lawina na mnie zeszła!
Stłumiłam w sobie chęć wybuchnięcia śmiechem, wygramoliłam się z łóżka, podbiegłam do mamy i pomogłam jej wstać.
Żadna lawina — powiedziałam, chwytając w ręce co mi tylko popadło. Zaczęłam to z powrotem wpychać do szafy. — Tylko moja odzież mamo. Setki twojej kasy, zmarnowanej przeze mnie na ciuchy, które miałam ubrane ledwie raz.
Więc to na tą górę śmieci, tak ciężko pracuję? — zapytała i chwyciła jedną z moich bluzek.
Nie — zaprzeczyłam. — Pracujesz na swoją ukochaną córeczkę, która kupuje góry śmieci. — Uśmiechnęłam się szeroko w jej stronę.
Moja mama była naprawdę niesamowitą kobietą. Pracowała jako dziekan na Wyższej Uczelni Medycznej, a po godzinach biegała do szpitala, gdzie pracowała jako onkolog. Bardzo często zdarzało się tak, że z jednej pracy biegła do drugiej i przez kilka dni, widywałyśmy się tylko przelotnie. W sensie, mama wchodziła do domu, ja wychodziłam lub odwrotnie.
Mogę pożyczyć? — Mama podniosła z podłogi czarną, rozkloszowaną spódniczkę. — Ubrałabym do niej te moje nowe szpilki i białą koszulę.
Czy jako dziekan, powinnaś się tak wyzywająco ubierać? — Nie żebym miała coś przeciwko, ale moja rodzicielka uwielbiała nosić bardzo... seksowne stroje. Krótkie sukieneczki, wysokie szpile, bluzki z głębokim dekoltem i tak dalej.
Kochanie — powiedziała, wciągając na siebie spódniczkę. — Kobieta zawsze powinna podkreślać swoje piękno.
Jęknęłam.
Dobra, nie było tematu.
Ale niestety Teresa Bright już się rozkręciła.
A niech by to szlak jasny trafił, pomyślałam.
Kobieta jak ubierze się ładnie, to czuje się lepiej. — Puściła mi oczko i rzuciła w moją stronę koszulkę na ramiączkach. Miała spory dekolt, a od jednego ramiączka do drugiego biegło zdobienie z cekinów, które chyba nawet ślepy by zauważył. Pod biustem bluzeczka się rozszerzała, dzięki czemu na brzuchu układała się tak, jakby falowała.
Ubierz to dzisiaj do szkoły, a do tego... — urwała i rozejrzała się po podłodze — o! Te spodnie! — Rzuciła mi jasnoniebieskie jeansy, rurki.
No nie...
Zwariowałaś? — zrobiłam wielkie oczy. — Idę do szkoły, nie na dyskotekę!
Masz siedemnaście lat — ruszyła do wyjścia. — Ubieraj się jak dziewczyna, chyba najwyższy czas, żeby chłopcy zaczęli się tobą interesować.
Mogłam dać sobie rękę uciąć, że większość matek wolałaby, aby ich nastoletnie córki siedziały w domu, pilnie się uczyły i skromnie ubierały. Ale oczywiście nie moja matka. Ona chciała żebym latała po imprezach, przyprowadzała do domu chłopaków i ubierała się jak dziwka.
Boże, pomyślałam. Za co mnie tak karzesz?
Dla świętego spokoju, ubrałam to, co poleciła mama, jednak nie odczułam jakiejś zmiany samopoczucia. Czułabym się dokładnie tak samo, ubrana w piżamę, dres lub stringi. Ale skoro matka Teresa twierdziła, że tak było idealnie, to nie zamierzałam się z nią spierać.
Oczywiście burdel w moim pokoju, dzięki mamie, przerodził się w istny armagedon. Bo tak było przecież najprościej, prawda? Przyjść, zrobić bajzel i wyjść, a Charlotte niech sama sprząta! Ale tak dobrze, to nigdy ze mną nie było. Wzięłam więc to wszystko, wrzuciłam w róg za biurkiem i odkodowałam nowy problem.
Gdzie, u licha, był mój plecak?
Mogłabym przysiąc, że jeszcze dzień wcześniej, gdzieś się walał w pokoju. Sprawiałam wrażenie bałaganiary? Owszem, nic bardziej mylnego. Byłam, jestem i pozostanę bałaganiarą. Zawsze byłam nieogarnięta, jak kosmos, albo i jeszcze bardziej. Moja matka była pedantką, reszta domu wręcz lśniła. W poręcz od schodów świeciła się, niczym psu jaja. Ja natomiast nie lubiłam, kiedy wszystko miało swoje miejsce. Wolałam jeden wielki chaos, czyli niech leży byle jak, byle gdzie, byleby było.
Jednak zaczynałam się zastanawiać, czy mój „system” przechowywania rzeczy nie był wadliwy. Już czwarty raz w przeciągu tygodnia, próbowałam zlokalizować plecak, który powinien znajdować się gdzieś... gdzieś na terenie mojego pokoju. Klnąc jak szewc, zaczęłam rozwalać jedną z kupek ciuchów, w nadziei, że odnajdę zaginionego. A wyglądało to tak, jakby w ubrania wskoczył wściekły kojot, bo fruwały one w powietrzu.
Cholera jasna, niech to diabli porwą, no! — warknęłam sama do siebie.
Usiadłam zrezygnowana na łóżku. Rozpoczęłam już plan jak przekonać Teresę, aby zwolniła mnie dzisiaj z lekcji, kiedy mój wzrok padł na komodę i niemal od razu ogarnęła mnie przeraźliwa chęć mordu. To ja przewalałam cały pokój w poszukiwaniu głupiego plecaka, a ten leżał sobie wygodnie na komodzie i w ogóle nie dawał znaków, że tam był. Burknęłam pod nosem jakieś przekleństwo, zerwałam się z łóżka, wzięłam plecak i wysypałam całą jego zawartość na pościel.
Dobra, pomyślałam. Więc jakie dzisiaj mam lekcje? Eee...
Kurwa — zaklęłam i zaczęłam kartkować zeszyty w poszukiwaniu planu zajęć.
Tak, mój „system” był zdecydowanie wadliwy. Oprócz tego, że była połowa listopada i generalnie plan zajęć powinnam znać na pamięć, to wciąż go nie znałam. Umówmy się – przecież było więcej ciekawych rzeczy do zapamiętania, niż to, jakie i z kim miałam mieć zajęcia danego dnia. Przeszukałam wszystkie książki i zeszyty, jednak nie znalazłam tego, czego szukałam. A to rodziło nowe stwierdzenie: otóż miałam niesamowitą tendencję do gubienia rzeczy średnio ważnych.
Nie mając większego wyboru, odnalazłam w pościeli moją komórkę i wykręciłam numer Sary, mojej najlepszej przyjaciółki.
Jakie mamy dzisiaj lekcje? — zapytałam, gdy tylko odebrała.
Czo? — odpowiedział mi jej delikatny, zaspany głos.
Lekcje! — powtórzyłam zirytowana.
Mhmmm — standardowo musiała się podrapać po nosie — gegra, polak razy dwa, matma, angol razy dwa i w-f — wyrecytowała powoli.
Aha — burknęłam, wrzucając do plecaka odpowiednie książki i zeszyty.
Swoją drogą, zawsze miałam nieodpartą potrzebę kopnięcia debila, który wymyślił, aby do każdego przedmiotu były osobne książki i zeszyty. A później wielkie zdziwienie naukowców, że dzieciaki krzywe kręgosłupy mają. Jak mają nie mieć, skoro codziennie dźwigają tonę makulatury?!
Sara, wiesz, że zaspałaś? — zapytałam jeszcze.
Co? — tym razem głos mojej przyjaciółki był żywszy.
Zaspałaś — powtórzyłam.
KUŹWA!
Oczami wyobraźni widziałam, jak Sara wyskakuje z łóżka i zaczyna biegać po swoim pokoju, jakby ktoś ją w tyłek dzidą dźgnął.
To na razie — rzuciłam tylko i się rozłączyłam.
Kiedy się w końcu spakowałam i nieco umalowałam – stosowałam jedynie tusz na rzęsy – rozczesałam włosy, zarzuciłam bluzę, na to katanę i wyszłam z domu, krzycząc do mamy pożegnalne „baja bongo dziwaku”. I nie wiedziałam, jak to się wydarzyło, ale pomimo tego, że wstałam wcześniej, z domu jak zwykle wyszłam spóźniona.
Drogę z domu do liceum, zazwyczaj pokonywałam w piętnaście minut idąc piechotą. Jakieś trzynaście, lub dwanaście – biegnąc. Pomimo tego, że naprawdę zmusiłam się do najszybszego sprintu, na jaki było mnie stać, próg wielkiego budynku przekroczyłam dziesięć minut po dzwonku. Darowałam sobie zostawianie katany w szatni, i tak straciłam zbyt wiele czasu, więc od razu pobiegłam schodami na trzecie piętro, gdzie moja klasa już rozpoczęła lekcję geografii z profesor Magdaleną Lipowicz – wysoką, przeraźliwie chudą kobietą ze szpiczastym nosem i włochatym pieprzykiem na policzku.
Wpadłam do klasy bez pukania, jakby mnie ktoś z procy wystrzelił, kompletnie zziajania, zadyszana i w ogóle zła na siebie samą.
Dzień dobry! — zawołałam między łapczywym łapaniem powietrza, a nauczycielka posłała mi krytyczne spojrzenie.
Czy ty, Bright, chociaż raz, nie możesz przyjść punktualnie? — zapytała i wskazała mi ręką, że mam usiąść na swoje miejsce.
Mogę proszę pani, ale po co? — odpowiedziałam, opadając na krzesło. Sary jeszcze nie było. — Jak się spóźniam, to mam lepsze wejścia. I emocji więcej.
Moja klasa wybuchła śmiechem, natomiast nauczycielce nie drgnęła nawet powieka.
Nie mądruj się tak, Bright — powiedziała tylko i chrząknęła. — Jak już mówiłam, zanim mi niegrzecznie przerwano — spojrzała na mnie znacząco — dzisiaj mam bardzo pilne spotkanie u pana dyrektora, więc będziecie mieli zastępstwo.
Z kim? — zapytała Kasia. Niska, chuda brunetka. Typowy typ kujonki, zawsze najlepsze oceny, jakieś konkursy, najlepsza średnia i w ogóle.
Profesor Kulczycki do was przyjdzie.
Większa część dziewczyn zapiszczała radośnie, ja natomiast jęknęłam i oparłam głowę o ścianę. Kulczycki był najbardziej pożądanym nauczycielem w całej szkole, podkochiwały się w nim chyba wszystkie uczennice, i prawdopodobnie kilku uczniów.
Znowu się zacznie lamentowanie — burknął z tyłu mnie Bartek, równie rudy co ja, nieco piegowaty, szczupły chłopak.
On i Dawid – szatyn o rzadkich włosach, raczej trzymali się na uboczu, i tak właściwie niewiele o nich wiedziałam.
Ale pan dzisiaj super wygląda — przedrzeźniłam piskliwe głosy koleżanek. — Cóż za fryzura, co za spojrzenie!
Bartek uśmiechnął się lekko i odniosłam wrażenie, że chciał coś jeszcze powiedzieć, jednak przerwało mu pukanie do drzwi, a potem do sali wkroczył on.
Żywa rzeźba Dawida.
Rober Kulczycki był wysokim mężczyzną o kręconych blond włosach, z kilkoma kędziorkami, opadającymi na czoło. Miał jakieś trzydzieści-sześć lat, duże szare oczy, kwadratową szczękę, zgrabny nos i podłużne usta. Zazwyczaj nosił t-shirty lub koszule, które uwydatniały wysportowaną sylwetkę nauczyciela i dodawały mu jeszcze więcej atrakcyjności. Poruszał się pewnie, z gracją, a na jego twarzy zazwyczaj widniał szeroki uśmiech, pokazujący rząd białych, równych zębów.
Cześć, młodzieży! — zawołał wesoło, a wszystkie fanki Kulczyckiego niemal wyskoczyły z ławek, chcąc go powitać.
Nigdy nie rozumiałam, jak można było tak wariować na punkcie faceta, który był poza naszym zasięgiem? Przecież to był nauczyciel, a takie reakcje według mnie, były wysoce niezdrowe.
Dziękuję za pomoc, Robert — powiedziała Lipowicz, ruszając do wyjścia. — Postaram się wrócić jak najszybciej.
Nie ma sprawy — blondyn oparł się biodrem o biurko i założył ręce na piersi. — Mam czas, więc się nie spiesz.
Nauczycielka kiwnęła głową i wyszła.
Co u pana słychać? — zapytała Ilona.
Każdy w klasie wiedział, że blondynka była na zabój zakochana w Kulczyckim. Uważała się za lepszą od wszystkich i nie widziała nic niestosownego w podrywaniu własnego wykładowcy.
W porządku — odpowiedział, omiatając spojrzeniem całą klasę. — Robimy angielski, czy chcecie geografię?
A nie możemy sobie pogadać? — zapytała Basia, czarnowłosa anorektyczka, obcięta na faceta.
Możemy — stwierdził. — Na przykład o waszych klasówkach.
Jak poszło? — zapytałam, przypominając sobie, że przecież tydzień wcześniej pisaliśmy test z całego działu.
Tobie jak zwykle świetnie — rzekł, przeszywając mnie szarym spojrzeniem. — Dostałaś szóstkę, reszta klasy ledwie na tróję zaliczyła.
Jak to na tróję?! — zawołała Kasia.
No tak, trójka na tle samych piątek nie wygląda zbyt dobrze.
Normalnie. — Wzruszył ramionami. — Charlotte dostała szóstkę, ale nie ma żadnej piątki, ani czwórki. Są za to dwie tróje, a reszta same dwóje i banie.
To jest niesprawiedliwe! — zawołała Ilona. — Charlotte ma łatwiej, mieszkała w USA, zna angielski!
Też o tym pomyślałem — powiedział profesor. — Tak się zastanawiam, Charlotte, czy nie stworzyć dla ciebie indywidualnego programu nauczania.
To znaczy? — zapytałam.
Cokolwiek oznaczało sformułowanie „indywidualny tok nauczania”, nie podobało mi się to.
Masz większą wiedzę, niż twoi koledzy. — Kulczycki wyprostował ręce tylko po to, by wsadzić je do kieszeni spodni.
Po damskiej części klasy przeszedł szmer zachwytu.
Mogę stworzyć dla ciebie program znacznie trudniejszy, niż ten, który omawiamy teraz. Nie dość, że nudzisz się na moich zajęciach, to marnujesz to, co już umiesz.
W sensie, że uczyłabym się czegoś innego? — zapytałam, nie do końca przekonana.
Nie chciałam mieć żadnego innego nauczania, ale coś mi mówiło, że wszyscy będą mieli w dupie moje zdanie.
Uczyłabyś się na wyższym poziomie — wyjaśnił. — Musiałbym tylko porozmawiać z dyrektorem i ewentualnie z twoimi rodzicami. Jesteś niepełnoletnia, więc muszą wyrazić na to zgodę.
To dobry pomysł — odezwała się Kasia. — Lotte, nauczysz się nowych rzeczy, a my nie będziemy się czuli niesprawiedliwie traktowani.
Pogadaj w domu z rodzicami — zwrócił się do mnie nauczyciel. — Ja zobaczę, co uda mi się załatwić u dyrektora.
No okej — burknęłam niezadowolona.
Nie chciałam uczyć się inaczej niż klasa, bo inny tok nauczania, oznaczał – a przynajmniej tak podejrzewałam – całą masę dodatkowego materiału. Kiedy ja miałam, na przykład, przeczytać „Jeźdźca miedzianego” albo poszukać chłopaka, tak jak radziła mi mama, skoro Kulczycki chce mnie zawalać angielskim?
Z tego wszystkiego nawet nie wyprowadziłam go z błędu i nie uświadomiłam, że mieszkałam tylko z mamą. Nie protestowałam również głośno, a powinnam była to robić. Wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy, jednak gdybym wiedziała, do czego to wszystko doprowadzi, uciekłabym tamtego dnia z klasy i nigdy więcej nie wróciła. Nie wygłosiłam sprzeciwu i to był największy błąd mojego życia.

__________________________________________

Cześć, Kochani! 

Troszkę mi się zeszło z udostępnieniem tutaj pierwszego rozdziału LOTTE, ale to dlatego, że poprawianie tego opowiadania zajmuje mi więcej czasu, niż powinno. Teraz, po tylu latach, dopiero widzę ile błędów popełniałam, jak słabe jest to opowiadanie pod względem stylistycznym, interpunkcyjnym itd. 
Na Wattpadzie, jest już dostępny rozdział drugi, więc jeżeli ktoś chciałby poznać dalsze losy szybciej, zapraszam na Watta - link znajdziecie w górnym, prawym rogu bloga, w kółku. 
Tymczasem życzę Wam przyjemnego wieczoru (a raczej nocy) i niebawem dodam tutaj więcej części :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz