Razem
z mamą mieszkałyśmy w niewielkim, piętrowym domku na ulicy
Mickiewicza. Za sąsiadów miałyśmy starsze małżeństwo,
natomiast naprzeciwko mieszkała wielodzietna, rozkrzyczana rodzina.
Osobiście bardzo lubiłam tę okolicę. Było tam spokojniej, niż w
centrum miasta, najbliższy market mieścił się jakieś dwieście
metrów dalej, poza tym ludzie wydawali się być milsi i bardziej
życzliwi.
Sara
natomiast mieszkała na drugim końcu miasta, w ogromnej willi, przy
której brakowało tylko basenu. Moja przyjaciółka pochodziła z
bogatej rodziny, a wszystko dzięki jej rodzicom – ojca,
emerytowanego żołnierza, który prowadził rozchwytywane biuro
detektywistyczne, oraz matki – właścicielki zakładu
krawieckiego, prosperującego równie dobrze, co interes jej męża.
Sara
miała również dwie młodsze siostry, upierdliwe, równie
snobistyczne i jasnowłose – Asię i Amelię. Był jeszcze Artur,
ale jego moja przyjaciółka kompletnie nie uznawała, a to dlatego,
że chłopak nie był ani jej bratem, ani kuzynem, ani nikim z
rodziny. Państwo Głogowscy, zdecydowali się zostać rodziną
zastępczą dla Artura, kiedy jego rodzice zginęli w wypadku
samochodowym.
Moja
przyjaciółka nigdy nie zaakceptowała nowego członka rodziny, i
wiecznie darła z nim koty, chociaż nie było o co. Chłopak zawsze
był bardzo grzeczny, uprzejmy i bardzo dbał zarówno o Sarę, jak i
o jej dwie młodsze siostry. Ja osobiście nic nie miałam do
dwudziestolatka, jak również do młodszych sióstr przyjaciółki,
chociaż musiałam przyznać, że potrafiły mnie cholernie irytować.
Siedziałam
właśnie w ogromnym, nowocześnie urządzonym salonie Sary. Podłoga
wyłożona wielkimi, marmurowymi kaflami, ściany w kolorze jasnej
szarości. Na środku ogromna, biała rogówka, przed nią szklany
stolik, a naprzeciwko równie biała sofa. Na ścianie wisiała
ogromna, najnowsza plazma, obok ogromne głośniki, wytwarzające
dźwięk, jakby się było w kinie, a pod spodem czarny, podłużny
stolik z Xboxem i całą masą gier. Obok, po lewej stronie wielki
regał wypełniony książkami i kilka komód, ozdobionych ramkami ze
zdjęciami z rodzinnych imprez i wyjazdów.
— No
chodź pograć! — Melka ciągnęła mnie za rękę, nie dając za
wygraną. Miała na sobie różową tunikę, legginsy, a długie
jasne włosy zostały zaplecione w dwa warkocze. — Pogramy w „Dance
Central”!
— Mela,
ja nie umiem w to grać — jęknęłam poirytowana.
To
dziecko męczyło mnie już pół godziny i nie przyjmowało do
wiadomości słowa „nie”.
— Pokażemy
ci. — Jak spod ziemi wyrosła przede mną Aśka, i zaczęła mnie
ciągnąć za drugą rękę. Była wyższa od swojej siostry o głowę
i rok od niej starsza. Jej włosy nie były tak jasne, jak u Melki
czy Sary, jednak kręciły się w nieregularne spirale.
— Dobra,
choć, zagramy z nimi jedną rundę — Sara przewróciła oczami i
postawiła mnie przed niewielką kamerą.
Amelia
uruchomiła grę i się zaczęło...
Ogólnie
nigdy nie lubiłam sportu. Nienawidziłam biegania, skakania,
robienia przysiadów czy żadnych innych, bezsensownych ćwiczeń
fizycznych. Byłam zbyt wolna, zbyt leniwa, zbyt mało gibka i
wszystkie inne określenia, które pasowały do słowa „zbyt”.
Nienawidziłam również, kiedy ktoś mnie zmuszał do tańczenia, i
wykonywania figur, które groziły mi złamaniem przynajmniej w
sześciu miejscach. Bo jakim cudem, można było to wszystko
zatańczyć, bez odniesienia uszczerbku na zdrowiu, to ja nie
wiedziałam. I chociaż nie miałam ochoty w to wszystko grać, to
robiłam, co mi kazano, bo mimo wszystko, ciężko było odmówić
dzieciom, które chciały mi wszystkie kończyny powyrywać.
Wykonywałam te wszystko skłony, obroty i wygibasy, czując jak
wszystko mi strzyka w stawach. A potem zdałam sobie sprawę z tego,
że moje ciało zachowywało się tak, jakby miało ze sto lat i
oczekiwało ciepłej trumienki i tony piachu.
— No,
no...
Usłyszałam
za sobą męski głos, a kiedy się odwróciłam, ujrzałam Artura.
Był wysoki, szczupły, jednak zdecydowanie zaliczał się do
chłopaków, o których się marzy. Miał czarne, gęste włosy,
zazwyczaj wystylizowane za pomocą żelu, duże, niebieskie oczy i
dołeczki w policzkach, które się pojawiały podczas uśmiechu.
— Odwal
się — warknęła do niego Sara i wykonała obrót.
Nie
umknęło mojej uwadze, że Artur patrzył na nią z lekkim
zdumieniem, i jakby... zachwytem? Nie, musiało mi się przewidzieć.
— Chętnie
pogram z wami — powiedział i usiadł na rogówce.
— Ogłuchłeś?!
— wrzasnęła moja przyjaciółka. — Mówiłam, żebyś się
ODWALIŁ!
— Też
tutaj mieszkam — rzekł spokojnie, opierając łokcie o szeroko
rozstawione uda. Puścił do Melki oczko, a ta roześmiała się
wesoło.
— Gdyby
nie moi rodzice, mieszkałbyś na podwórku, w budzie dla psa! —
Sara założyła ręce na piersi i patrzyła ze złością na Artura.
Musiałam
przyznać, że kiedy bywała zła, z jej oczu leciało tyle iskier,
ile podczas spawania. Chłopak wytrzymał jej spojrzenie i uśmiechnął
się pod nosem.
— Nie
wiem, jaki masz w tym cel — powiedział spokojnie — ale nie
musisz mi przypominać, że nie mam rodziców. Świetnie o tym
pamiętam i możesz mi wierzyć, nawet gdybym chciał, nigdy o tym
nie zapomnę.
Takimi
słowami na moment zbił Sarę z tropu, ale nie na długo. Podeszła
bliżej swojego przyszywanego brata i ze złością przeczesała
dłonią włosy.
— Wypierdalaj
— wycedziła przez zęby. — Najlepiej jak najdalej od tego domu.
— Jak
sobie życzysz, księżniczko — odpowiedział chłopak i wstał.
Ruszył
do wyjścia, jednak w pewnym momencie stanął w miejscu, odwrócił
się i spojrzał najpierw na mnie, później na Sarę.
— Mówiłem
ci już kiedyś, że ładnie ci w prostych włosach — rzekł. —
Cieszę się, że wzięłaś to sobie do serca.
Opadła
mi szczęka, natomiast Sara krzyknęła, chwyciła poduszkę i
rzuciła nią w chłopaka. Niestety nie trafiła, ponieważ zdążył
już zniknąć za drzwiami.
— Możesz
mi wyjaśnić, co to było? — zapytałam, patrząc na blondynkę.
Moja
przyjaciółka opadła na rogówkę, zakładając ręce na piersi i
zrobiła minę, niczym naburmuszone dziecko, któremu odmówiono
lizaka.
— Nienawidzę
go — warknęła. — Zadufany w sobie debil!
— Powiedz
mi, Sara — usiadłam obok niej i podałam szklankę soku, który
stał na stoliku — czemu ty go tak nie lubisz? Przecież jest miły.
— Tak,
tak miły — burknęła. — Tygrysek też jest miły, ale jak
podejdziesz, to ci pół dupy użre!
— Unikasz
odpowiedzi — zauważyłam.
— Nie
unikam! — zawołała. — Jest wkurzający i tyle! I jak to mówią,
chears za jego dead! — Kiwnęła w moją stronę szklanką, jakby
wznosiła toast i popiła sok.
Cóż.
Nie byłam ani ślepa, ani głupia, i już z daleka widziałam, że
coś było na rzeczy. Nie wierzyłam, że tak bez powodu Sara była
cięta na Artura, i albo w przeszłości musiało się coś wydarzyć,
albo trafne było stwierdzenie „kto się czubi, ten się lubi”.
Jednak nie zamierzałam w to wnikać, dopóki Sara sama nie zechciała
nic mówić. A widząc jej nastawienie, domyślałam się, że dane
mi będzie długo czekać, zanim przyjaciółka coś z siebie
wykrztusi.
Do
domu wróciłam koło godziny dwudziestej, jednak kiedy tylko
przekroczyłam próg, poczułam natychmiastową chęć ewakuowania
się poza jego mury. Moja mama stała w naszym niewielkim salonie
przed telewizorem, ubrana w MOJĄ bokserkę i MOJE spodenki i
wyginała się to w przód, to w tył, robiła przysiady, pajacyki i
calą masę innych, dziwnych pozycji. W TV, jakaś atrakcyjna,
biuściasta kobieta, robiła dokładnie to samo.
— Co
ty wyprawiasz? — zapytałam, stając w progu salonu.
Mama
zerknęła na przez ramię i zrobiła kolejny przysiad.
— Trenuję
— odpowiedziała, sapiąc, niczym lokomotywa.
— Prędzej
zawału dostaniesz — odpowiedziałam i weszłam do niewielkiej
kuchni.
Jasnobrązowa
podłoga, ściany pokryte tapetą w kolorze kości słoniowej,
jasnozielone szafki, a na środku drewniany stół z czterema
krzesłami.
— Właśnie
robię to, żeby nie mieć zawału! — zawołała z salonu, a ja
przewróciłam oczami.
Jeżeli
dalej będzie tak skakać, to kiedyś odfrunie, pomyślałam.
Otworzyłam
lodówkę i krytycznym okiem oceniłam jej zawartość.
— Byłaś
na zakupach?! — zawołałam.
— Nie,
a czemu pytasz?
Podskoczyłam,
słysząc głos mamy tuż przy moim uchu.
— Pytam,
bo w lodówce zastałam tylko niską temperaturę — mruknęłam.
— Mamy
brokuły i jajka. — Uśmiechnęła się. — Mogę zrobić coś
zdrowego, i...
— Nie,
dzięki — przerwałam. Doskonale znałam te zdrowe posiłki mojej
mamy. Króliki jadły pożywniej, niż ona. — Zatkam się jogurtem.
— Rano
zrobię zakupy — obiecała i popiła łyk wody, prosto z butelki. —
Jak w szkole?
— Bo
ja wiem. — Wzruszyłam ramionami. — Chyba dostanę banię z
matmy. — Otworzyłam jogurt naturalny, ponieważ innych moja mama
do domu nie wpuszczała.
— Zacznij
się uczyć — poleciła. Podskoczyła, a następnie usiadła na
blacie szafki.
Czasami
miałam wrażenie, że moja mama była trzynastoletnią dziewczynką,
zamkniętą w ciele dorosłej kobiety, której ktoś dał pracę,
dom, dziecko i kazał żyć na własny rachunek.
— Uczę
— odpowiedziałam. — Tylko babka zrobiła niezapowiedzianą
kartkówkę.
— Kartkówek
się nie zapowiada.
Jak
mogłam zapomnieć, że rozmawiałam z panią dziekan? Przecież
cokolwiek bym powiedziała, i tak wyszłabym na nieuka.
— Dobra,
pouczę się — mruknęłam.
Nie
chciałam słuchać wywodów mamy, że powinnam systematycznie
zaglądać do książek i zeszytów, oraz poświęcać minimum
dziesięć minut dziennie na rozwiązywanie zadań matematycznych.
— A
jak tam inne sprawy? — zmieniła temat, bujając wesoło nogami w
powietrzu.
— Jakie
inne sprawy? — zdziwiłam się.
Matka
Teresa posłała mi szeroki uśmiech.
— No...
TE sprawy. — Patrzyła na mnie dużymi oczami.
— Mamo!
— zawołałam z obrzydzeniem. — Przecież ja nawet nie mam
chłopaka!
— W
dzisiejszych czasach nie trzeba mieć chłopaka, żeby to robić.
Nie...
Ja w poprzednim w cieleniu musiałam być jakimś potworem, bo bez
powodu nie obdarzono mnie taką matką.
— Nie
jestem puszczalska! — zawołałam, dostawiając jogurt na stół.
Jakoś przeszła mi ochota na jedzenie.
— Ja
też nie, ale kobiety mają swoje potrzeby.
Moja
szczęka powędrowała w dół i z trzaskiem walnęła o podłogę.
Czy moja mama przyznała, że czasami uprawiała NIEZOBOWIĄZUJĄCY
SEKS?!
— Jesteś
chora — podsumowałam i czym prędzej pobiegłam do mojego
zaśmieconego pokoju.
Szczerze
powiedziawszy, nie miałam wątpliwości, że moja mama miała wielu
wielbicieli, bo przecież była mega atrakcyjna. Jednakże swoje
łóżkowe sprawy mogła zostawić dla siebie. Mnie niekoniecznie
interesowało, co robiła moja mama, w momencie, kiedy byłam w
szkole, u Sary lub szlajałam się po mieście. Są pewne granice
wiedzy, który nie powinno się zacierać między rodzicem i
dzieckiem, i taką granicą były seksualne wyczyny mojej matki.
Opadłam
na moje łóżko i chwyciłam w dłoń laptopa. W okresie wakacyjnym,
kiedy Sara była na jakiś wyspach z całą rodziną, nie mając nic
lepszego do roboty, założyłam bloga. Pisałam tam głównie jakieś
opowiadanie romantyczne, jednakże nikomu o tym nie powiedziałam.
Bałam się, że jeżeli do strony dotrą moi koledzy i koleżanki z
klasy, stanę się obiektem drwin i kpin. Przyjaciółce również
nic powiedziałam, ponieważ ona najpierw znalazłaby z milion
powodów, aby się z bloga ponabijać, potem oceniłaby to jako
totalną beznadzieję, a potem stwierdziła, że to jest „cool” i
mogę „pisać se go dalej”.
Mój
laptop był starym urządzeniem mojej mamy, który potrzebował
dobrych kilkunastu minut by się uruchomić. Zanim system rozruszał
się na tyle, bym mogła wejść na bloga, zdążyłam odrobić
zadanie domowe z polaka i połowę z matematyki. Przejrzałam szybko
nowe komentarze, sprawdziłam pocztę i zalogowałam się na portal
społecznościowy. Przyszło mi do głowy, że skoro do wtorku
zostały trzy dni, mogłam poszukać Kulczyckiego na portalu. Mogłam
dzięki temu zrobić małe rozeznanie i może znaleźć jakąś
informację, dzięki której nie zbłaźniłabym się na zajęciach.
Okazało się jednak, że mój nauczyciel z portali społecznościowych
nie korzystał i mój plan spalił na panewce.
ROBERT
W tym
samym czasie, gdzieś na jednym z blokowisk, w niewielkiej kawalerce,
Robert Kulczycki zdusił w sobie jęk bezsilności.
— Mam
tego dosyć, Kinga — rzekł ostro. — Mam po dziurki w nosie
twoich niezapowiedzianych wizyt, wiecznych telefonów, i niby
przypadkowych spotkań. Najwyższy czas pogodzić się z
rzeczywistością.
— Ale
moją rzeczywistością jesteś ty — powiedziała kobieta.
— Ja
jestem twoją przeszłością — syknął. — Rozstaliśmy się,
jesteśmy w separacji!
— Ponieważ
ty tego chciałeś — zauważyła z pretensją. — Ty, nie ja.
— A
mam ci przypomnieć dlaczego? — zapytał z ironią.
— Robert,
to nic nie znaczyło — wyszeptała. — Nigdy nic nie znaczyło.
— Świetnie,
bardzo się cieszę, ale teraz wynocha, bo muszę popracować. —
Otworzył drzwi i wskazał ręką korytarz, jednak Kinga nie ruszyła
się z miejsca.
— Praca
jest ważniejsza, niż ja? — zapytała z niedowierzaniem. — Niż
nasze małżeństwo?
— Tak
— syknął. — Praca jest ważniejsza. Poza tym naprawdę nie mam
ochoty na wysłuchiwanie twoich wywodów na temat miłości,
małżeństwa i zaufania. Jeżeli zmienię zdanie, wtedy sobie
pogadamy, ale na razie chcę, żebyś sobie poszła.
— Dobrze
— warknęła. — Zajmij się więc swoją pracą! — Minęła
Roberta, posyłając mu mordercze spojrzenie.
— Na
razie — powiedział za kobietą i zamknął drzwi kopniakiem.
To
brnęło za daleko. Musiał w jakiś sposób utemperować Kingę,
ponieważ zaczynała coraz bardziej zatruwać mu życie. Zawsze była
uparta i dostała to, czego chciała, więc jeżeli zapragnęła
wrócić do męża, z pewnością miała jakiś plan, który miał w
tym pomóc. Problem polegał na tym, że Robert zamknął ten
rozdział w momencie, którym nakrył żonę w łóżku z innym
facetem.
I
nawet mu ulżyło.
Kinga
była ogromnie absorbująca i przytłaczająca. Oczekiwała atencji,
opieki i lubiła być w centrum uwagi, a Robert miał swoje plany,
które zaczął wprowadzać w życie. Zdrada żony była mu na rękę,
bo dzięki temu pozbył się osoby, mogącej go zdemaskować lub
przeszkodzić w jego działaniach.
A one
były bardzo skrupulatnie i dokładnie przygotowane.
Najpierw
jednak musiał przygotować nowy program nauczania dla Charlotte
Bright. A później mógł tylko patrzyć, jak zasiane przez niego
ziarno, zaczyna kiełkować.
______________________________
Maraton LOTTE
Za moment wrzucę kolejną część :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz