niedziela, 12 lutego 2023

LOTTE - Rozdział 4

 
Poniedziałek minął mi w miarę spokojnie, natomiast wtorek, to była istna nerwówka. Najpierw budzik w moim telefonie nie zadzwonił, przez co wstałam piętnaście minut później, niż powinnam. Potem było wielkie bieganie po domu, szukanie ubrań, standardowo plecaka i książek, a na końcu matka Teresa zaciągnęła mnie jeszcze do marketu. W efekcie, wbiegłam do szkoły dwadzieścia minut po dzwonku, zdenerwowana, niepewne i wściekła na cały świat. Nie miałam wątpliwości, że profesor Kulczycki siedział w klasie i cierpliwie na mnie czekał i to potęgowało mój strach. Naprawdę bałam się wejść do tej sali, tym bardziej, że nie umiałam przewidzieć jaka będzie reakcja nauczyciela na moje spóźnienie. Nigdy wcześniej nie byłam też z żadnym nauczycielem sam na sam, i to jeszcze bardziej stawiało mnie w niekomfortowej sytuacji. Niestety, większego wyboru nie miałam, i skoro już mnie wpakowano w te indywidualne zajęcia, musiałam na nie chodzić.
Zostawiłam kurtkę w szatni, zarzuciłam plecak na ramię i pobiegłam do sali językowej, gdzie powinnam mieć lekcje. Powinnam, bo tak naprawdę nie zerknęłam na plan, i nie miałam pojęcia, czy Kulczycki będzie w swojej zwykłej sali, czy może gdzieś indziej. Na szczęście, w tej kwestii moje podejrzenia były słuszne i odnalazłam nauczyciela już za pierwszym podejściem.
Profesor Kulczycki jak zwykle wyglądał obłędnie. Blond włosy były w lekkim nieładzie, miał na sobie niebieską koszulę w kratę, jasne jeansy i adidasy. Na lewej ręce widniał drogi, stylowy zegarek, w prawej trzymał długopis i chyba sprawdzał jakieś kartkówki. Kiedy wkroczyłam do sali, podniósł głowę, spojrzał na mnie przyjacielsko i uśmiechnął się w moją stronę.
Przepraszam! — powiedziałam szybko. — Po prostu...
Machnął ręką.
Nie szkodzi — odpowiedział i wskazał pierwszą ławkę, tuż przy biurku.
I cóż mogłam zrobić? Albo uciec z klasy z krzykiem, albo zrobić to, co prosił. Usiadłam więc na wskazanym przez nauczyciela miejscu, a pan Robert odsunął kartkówki na bok. Chwycił jakąś zieloną teczkę, po czym wyciągnął z niej kilka kartek.
Przekaż to mamie — rzekł, podając mi dokument zatytułowany: „OŚWIADCZENIE” — a to jest twój nowy plan lekcji. — Podał mi drugą kartkę.
Zerknęłam na nią szybko i zauważyłam, że dodano mi dodatkowe godziny angielskiego. Dwie we wtorki i po jednej godzinie w środy i piątki. Oznaczało to, iż będę musiała zostawać po godzinach.
Czyli jutro też mamy zajęcia? — zapytałam i odważyłam się spojrzeć na Kulczyckiego.
Nie wiedziałam czemu, jednak odniosłam wrażenie, że patrzył się na mnie jakoś tak... długo.
Tak, jutro też mamy zajęcia. — Uśmiechnął się. — Ciasteczko? — zapytał, podsuwając mi pod nos opakowanie „Delicji”.
Pokiwałam przecząco głową, podziękowałam grzecznie, chociaż tak naprawdę czułam się skrępowana. Nie bardzo wiedziałam, jak mogłam się zachowywać, co mówić i robić. Pan Robert wstał zza biurka, chwycił jakąś książkę i położył ją przede mną.
Nowy podręcznik? — zapytałam.
Będziemy pracowali na bazie trzech takich podręczników — rzekł i wziął drugi egzemplarz. — Musimy narzucić tempo, żeby nadrobić materiał od września.
Już się boję — jęknęłam, kartkując książkę.
Nauczyciel się zaśmiał.
Nie zjem cię, Charlotte — rzekł wesoło, a ja zaskoczona spojrzałam na nauczyciela. — Otwórz na stronie dziesiątej — dodał.
Wykonałam jego polecenie.
Przeczytaj pierwsze zdanie i powiedz jak je rozumiesz.
Z jakiegoś powodu w ogóle nie mogłam się skupić, jednak przeczytałam polecenie, a potem wyjaśniłam, jak je rozumiem. Później przeszłam do rozwiązywania, a profesor krążył po sali, sprawdzając moje wyniki, wyjaśniając niektóre zagadnienia i czuwając nad tym, abym pilnie przyswajała wiedzę.
Odpowiedź B — powiedziałam kilka minut później.
Kulczycki stanął za mną i oparł się o blat ławki w taki sposób, że musiał się nade mną pochylić. W jednej sekundzie całe moje ciało się spięło, po plecach przebiegł dreszcz, a do nozdrzy dotarł zapach perfum mężczyzny.
Are you sure? — zapytał.
Chyba patrzył w moją książkę, jednak nie mogłam tego ocenić. Bałam się podnieść wzrok.
Ye... yes — wydukałam.
To nie było normalne, a przynajmniej tak uważałam. Nauczyciel chyba nie powinien stawać tak blisko ucznia, jednak nie mogłam mieć stuprocentowej pewności, bo nigdy wcześniej w takiej sytuacji nie byłam.
Ok — rzucił wesoło i poklepał mnie po ramieniu, jak jakiegoś kundla.
Odsunął się i powrócił do krążenia po sali, a dyskomfort tak jak się pojawił, tak nagle znikł. Rozwiązałam jeszcze dwa przykłady i w całej szkole rozbrzmiał dzwonek, obwieszczający przerwę. Kulczycki wrócił na przód sali, odłożył książkę na biurko i uśmiechnął się szeroko.
Przerwa? — zapytałam, siląc się na najbardziej naturalny ton.
Przerwa — potwierdził, siadając za biurkiem. — Więc mieszkałyście z mamą w USA? — zagaił, kiedy wyciągnęłam telefon żeby sprawdzić nowe wiadomości.
Tak — przyznałam. — Przez dziesięć lat. Mama tęskniła za bliskimi, więc wróciłyśmy tutaj. Tata został, prowadzi tam firmę.
Czym się zajmuje?
Zerknęłam na nauczyciela. Powoli żuł ciastko i patrzył wprost na mnie. Ponownie przeszył mnie dreszcz.
Ma jakąś firmę produkującą szpiegowskie urządzenia. Nie znam się za bardzo na tym, to nie moja bajka.
Mhmmm — mruknął ze zrozumieniem. — Podoba ci się w Polsce?
Zastanowiłam się przez chwilę.
Nie jest źle — powiedziałam w końcu. — Jest tutaj więcej zieleni, ludzie też mają swoje zalety, ale w USA żyje się jakoś inaczej.
To prawda. Tam życie zupełnie inaczej biegnie.
Otworzyłam szerzej oczy.
Był pan w USA?
Skinął twierdząco głową.
Pracowałem tam na zmywaku w chińskiej restauracji.
Zdziwił mnie tym wyznaniem. Nie spodziewałam się, że Kulczycki mógł mieszkać za granicą.
Dawno temu pan wrócił?
Nauczyciel przeszył mnie swoimi stalowymi oczami.
Dawno — stwierdził.
Odniosłam wrażenie, że zadałam pytanie, na które niekoniecznie chciał odpowiadać.
A tata czemu nie wrócił z wami do Polski?
Przygryzłam lekko dolną wargę. Nie byłam pewna czy powinnam rozmawiać z Kulczyckim na takie tematy. To niby było niewinne pytanie, jednakże nie czułam się na tyle komfortowo, by opowiadać o rozwodzie rodziców. To jednak był mój nauczyciel.
Tata urodził się i wychował w USA — zaczęłam wymijająco — w Polsce miał tylko dziadków, a kiedy zmarli niemal w ogóle tutaj nie przyjeżdżał. Częściej bywała tu mama, jej rodzice nadal żyją i jesteśmy z nimi bardzo blisko. Poza tym, tata całe życie mieszkał w Nowym Jorku, chyba nie umiałby się przystosować do życia tutaj.
Ale ty nie miałaś takiego problemu? — zapytał.
Patrzyłam przez chwilę na profesora, a potem wzruszyłam lekko ramieniem.
Czułam się nieswojo, ale przywykłam.
Pan Robert chciał chyba coś jeszcze powiedzieć, jednak przerwał mu dźwięk dzwonka. Odłożył pudełko z ciastkami na bok i znów chwycił książkę w rękę.
Zadanie drugie na razie ominiemy — powiedział — zajmiemy się trzecim i... — Tym razem przerwał mu dźwięk dzwoniącej komórki... Jego komórki.
Uznałam, że był to idealny dowód na to, iż nie tylko ja byłam przeciwna tym zajęciom. Cały wszechświat się nim buntował i wspierał mnie w moim sceptycznym nastawieniu.
Przepraszam na moment — rzekł i odebrał.
Sądziłam, że opuści klasę, by w spokoju porozmawiać, tymczasem wstał jedynie z krzesła i podszedł do okna.
Nie rozumiem o czym mówisz... jakie? A po co mi to... mówiłem ci wczoraj, że nie mam czasu... Kinga, ja jestem w pracy... Już niedługo, więc przestań się produkować... Na razie. — Rozłączył się.
Przyszła mi do głowy myśl, że powinnam była wyjść. Chociaż jakby tak głębiej się nad tym zastanowić, to pan Robert powinien opuścić klasę, przecież to do niego dzwonił telefon.
Opuściłam głowę na książkę, udając, że przez ten cały czas zajmowałam się zadaniem. Profesor, nawet jeżeli zauważył, że podsłuchiwałam, nie skomentował tego żadnym słowem. Ponownie wziął książkę do ręki i wrócił do prowadzenia zajęć, jakby nic się nie wydarzyło.
Czterdzieści pięć minut lekcji minęło jak z bicza strzelił. Zanim się zorientowałam, wyszłam z klasy z czterema kartkami zadania domowego, jednak ogromnie szczęśliwa, że miałam to już za sobą. Zeszłam na dół, chcąc poczekać, aż moja przyjaciółka raczy się pojawić w szkole, ale tak naprawdę nie musiałam się niecierpliwić. Sara pojawiła się niemal natychmiast, z wściekłością otworzyła drzwi, bez słowa chwyciła moją rękę i zaciągnęła do szatni. Nie wypowiedziała nawet jednego słowa, tak jakbym miała w dowodzie wpisane chodzenie za nią jak piesek.
Pali się?! — zawołałam.
Gdy weszłyśmy do szatni, Sara nie zważając na innych uczniów, rzuciła swoją torebką w ścianę, a potem sprzedała jej mocnego, zamaszystego kopniaka. Następnie opadła na ławkę i założyła ręce na piersi.
Kurwa mać! — zawołała i znów kopnęła torbę.
Nie wiem, co ci zrobiła ta biedna torebka — powiedziałam, siadając obok przyjaciółki — ale jestem pewna, że jest niewinna.
Blondynka rzuciła mi ostre spojrzenie.
Co za durny kretyn! — powiedziała srogo. — Pojebany do potęgi idiota, jakiś aspołeczny półgłówek, ofiara losu za pięć groszy!
Artur? — zgadłam, zanim Sara zdążyła rozwinąć myśl.
Mam w domu taki sajgon, że nie pytaj w ogóle. — Westchnęła. — Matka łazi i ryczy, ojciec trzaska drzwiami, Mela i Aśka odstawiają takie cyrki, że poważnie zastanawiam się nad umieszczeniem ich w jakimś zakładzie zamkniętym. — Przeczesała dłonią włosy i spojrzała na mnie bezradnie.
Ale co się stało? — zapytałam, niewiele rozumiejąc.
Ta sierota do potęgi entej nie wróciła na noc do domu. Rodzice nie spali całą noc, dziewczynki płaczą, a ja mam to w dupie szczerze powiedziawszy. I dlatego, że mam to gdzieś, dostaję największe baty. Matka sra ogniem, jakby go zamordowali, a ja dam sobie ręce uciąć, że siedzi u jakiegoś kumpla, chleje wódę lub wciąga jakieś świństwo.
Powoli — powiedziałam do Sary, próbując sobie wszystko poukładać w głowie — jak to Artur nie wrócił do domu? Przecież to do niego niepodobne.
Gówno mnie obchodzi, czy podobne, czy nie! — Wszyscy w domu drą się na mnie, bo zanim wielmożny hrabia wystawił swoją twarzyczkę poza dom, dostał opierdziel ode mnie. Aśka wygadała rodzicom, a oni naskoczyli dzisiaj na mnie, że wszystko jest, kurwa, moją winą, rozumiesz?! To ja jestem ta zła, pomimo tego, że to ten debil postanowił się ulotnić!
Spokojnie. — Objęłam przyjaciółkę ramieniem. — Może rzeczywiście jest tak, jak mówisz i Artur siedzi u jakiegoś kolegi.
Nie wiem, gdzie go szukać — jęknęła, a ja zaskoczona spojrzałam w jej stronę.
Takiego wyznania się nie spodziewałam.
Chcesz go szukać?
A mam jakiś wybór? Rodzice odchodzą od zmysłów.
Nie miałam bladego pomysłu, jak pomóc przyjaciółce. Na pewno nie mogłam tego olać i siedzieć grzecznie na lekcjach, podczas gdy cała rodzina Głogowskich poszukiwała Artura.
Sara, pamiętasz Jacka? — zapytałam, kiedy w mojej głowie zaświtał wysoki, napakowany, łysy koleś. On i Artur kumplowali się przez pewien czas, więc może wciąż mieli jakiś kontakt?
Pamiętam — odpowiedziała, marszcząc czoło.
Może warto się z nim skontaktować? — zasugerowałam. — W końcu nie jest wykluczone, że Artur ukrył się u niego.
Oczy mojej przyjaciółki rozbłysły.
Oby tam był, bo inaczej mu nogi z dupy powyrywam, żeby nigdzie nie łaził. — Chwyciła swoją torbę i ruszyła pędem do wyjścia.
Ale tak teraz?! — zawołałam. — Może załatwmy sobie jakieś zwolnienie?!
Najpierw muszę zabić tą łajzę — burknęła. — Poza tym, jak już będę w kiciu, wtedy będę myślała o zwolnieniu. Ale warunkowym.
Wzniosłam oczy do nieba, prosząc o więcej cierpliwości, a następnie chwyciłam swój plecak i pobiegłam za Sarą.

___________________

Maraton LOTTE

Nadciąga rozdział piąty :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz