niedziela, 12 lutego 2023

LOTTE - Rozdział 5

 
Jacek Trzebiatowski mieszkał w starej, rozpadającej się kamienicy na pierwszym piętrze. Gdy tylko weszłyśmy z Sarą na klatkę schodową, dopadł nas smród stęchlizny i moczu. Był on na tyle intensywny, że poczułam szczypanie oczu.
Drewniana, krzywa i super brudna podłoga skrzypiała pod wpływem stawianych kroków. Niegdyś zielone ściany, obrzydzały plamami, nieznanego pochodzenia, placami poodpadanej farby oraz prymitywnymi malunkami męskich genitaliów. Na piętro prowadziły mega strome, krzywe schody z połamaną balustradą.
Spojrzałyśmy z Sarą na siebie bardzo niepewnie.
Przysięgam, że zamorduję tego idiotę — warknęła i ruszyła przodem po schodach.
Każdy stopień głośno protestował na nasz ciężar, ale jaki miałyśmy wybór. Mogłyśmy szukać Artura, niczym igły w stogu siana, lub zapytać o niego kogoś, kto mógłby mieć jakieś informacje.
Korytarz na piętrze wyglądał dokładnie tak samo, jak ten na dole. Drzwi mieszkania Jacka były obdrapane, a z wnętrza dobiegała głośna muzyka. Prawdopodobnie jakiś ostry rock lub metal.
Skąd wiesz, że tutaj mieszka? — zapytałam Sary.
Przyjaciółka skrzywiła się, widząc jakąś plamę na drzwiach.
Kiedyś jak Artur odebrał mnie ze szkoły, przyszłam z nim tutaj — wytłumaczyła. — Jacek oddawał mu kasę. — Poprawiła na ramieniu swoją torebkę, a potem zaczęła pięścią walić w drzwi.
Przez kilka sekund nic się nie działo, a potem z wnętrza dobiegł nas gruby, męski głos, wrzeszczący „kto się, do kurwy, tak dobija”. Po chwili kliknął zamek i w progu mieszkania pojawił się Jacek. Kiedy tylko nas zobaczył, rozchylił usta, jakby zaskoczony naszym widokiem, wyszedł na klatkę i zamknął za sobą drzwi.
Czego? — zapytał, zakładając ręce na piersi. W spodniach dresowych i czarnym podkoszulku wyglądał jak typowy bramkarz dyskoteki.
Szukamy Artura — powiedziała twardo Sara.
Trzeba przyznać, że miała odwagę. Ja w obliczu tego osiłka, czułam się jak mrówka. Chociaż tak właściwie, to bardziej jak bakteria, taka zupełnie niewidoczna bez użycia mikroskopu.
Kogo? — zapytał marszcząc brwi.
Kurwa mać! — warknęła Sara. — Posłuchaj mnie ty wielki, napakowany ogrze! — Wycelowała palcem prosto w klatkę piersiową Jacka. — Szukam tego tępego półgłówka spod ciemnej gwiazdy, Artura, więc łaskawie wejdź do tej swojej meliny, i mi go tutaj przyprowadź! Bo jeżeli nie, to sama tam wejdę, ale uwierz mi, to nie będzie miłe, ani dla mnie, ani dla ciebie!
Mężczyzna musiał być zaskoczony zachowaniem Sary, bo nie miałam wątpliwości, że inaczej już dawno dałby nam obu popalić. Patrzył przez chwilę na moją przyjaciółkę, zamrugał kilka razy i uśmiechnął się.
Już cię pamiętam — powiedział. — Ty jesteś ta młoda, wyszczekana. Siostra Leona, co nie?
Jak ci zaraz przywalę w zęby, to będziesz szczekał do końca życia! — powiedziała ostro. — Wołaj go tutaj, ale już!
Nie ma go u mnie. — Wzruszył ramionami.
A kiedy go ostatni raz widziałeś? — odważyłam się zapytać.
Jacek spojrzał na przeciwległą ścianę w zamyśleniu.
Jakiś tydzień temu, na imprezie za miastem. — Przeniósł spojrzenie na mnie, później na Sarę. — Fajną dupę wtedy wyrwał.
Sara krzyknęła z bezsilności, odwróciła się i zbiegła po schodach.
Dzięki za pomoc! — zawołałam i ruszyłam śladem przyjaciółki. — Jakby się pojawił, powiedz, że Sara go szuka!
Nie czekałam na odpowiedź. Wybiegłam za blondynką, ale udało mi się ją dogonić niemal dwie ulice dalej. To był niesamowity fenomen, bo Sara nigdy nie umiała się zmusić do lekkiego truchtu na w-fie, a tamtego dnia biegała jak zawodowiec.
Gdzie on może być? — zapytała, kiedy w końcu ją dogoniłam. Spojrzała w moją stronę załzawionymi oczami.
Otworzyłam usta w zdumieniu. Sara Głogowska płakała?
Ja naprawdę zaczynam myśleć, że to moja wina.
To nie jest twoja wina — rzekłam i wzięłam ją pod ramię. — Chodź, pójdziemy do domu i na spokojnie zastanowimy się, co robić.
Nie znam żadnych jego kumpli, nie licząc Jacka. Nie wiem gdzie chodzi, z kim się spotyka...
Sara, poczekaj — powiedziałam, stając w miejscu. — A jego pokój? Przeszukajmy go, musi tam być jakaś informacja, wskazówka, cokolwiek. Znajdziemy go.
Moja przyjaciółka patrzyła na mnie z wyraźną nadzieją. W końcu skinęła głową na zgodę i ruszyłyśmy w stronę jej domu. Nigdy nie spodziewałabym się, że Sarę tak bardzo zaniepokoi zniknięcie Artura. Odkąd ją znałam, zawsze się z nim kłóciła, mówiła, że go nienawidziła, i najchętniej dosypałaby mu do zupy środki przeczyszczające. Jednak w tamtym momencie, nie dość, że chodziła po jakichś melinach, szukając przyszywanego brata, to jeszcze wylewała łzy. Coraz bardziej podejrzewałam, że między tym dwojga coś jest, a ta cała agresja to tylko przykrywka. Jednak Sara była moją przyjaciółką i powiedziałaby mi, gdyby poczuła coś głębszego do Artura. Przecież nie byli spokrewnieni, nie łączyły ich żadne więzy krwi i mogli normalnie tworzyć parę. Owszem, na początku ludzie mogliby dziwnie na to patrzyć, ponieważ na ogół rozeszło się, że Głogowscy to rodzice Artura, ale to byłby chwilowy szok. I tak jak wcześniej postanowiłam, że nie zamierzam się w to wtrącać, tak w tamtym momencie to postanowienie skreśliłam. Nie była to jednak odpowiednia chwila na rozpoczynanie takich rozmów. Najważniejsze było odnalezienie Artura.
W trakcie powrotu, Sara wytłumaczyła mi, że poprzedniego wieczoru nawrzeszczała na chłopaka, bo wszedł bez pukania do jej pokoju. Akurat się przebierała, więc chłopak miał okazję oglądać ją w samej bieliźnie. Skończyło się na spoliczkowaniu, wyzwiskach i wypchnięciu z pokoju. A że Sara, to Sara, to kiedy później natknęła się na Artura w kuchni, ponownie go wyzwała i oskarżyła o próbę gwałtu. To najwidoczniej przelało szalę goryczy i chłopak miał dość. Nie do końca rozumiałam, co kierowało moją przyjaciółką, jednak powiedziałam jej, że w mojej opinii zachowała się jak buc.
Gdy tylko weszłyśmy do domu, podbiegła od nas nadzwyczaj wesoła Melka i uśmiechnęła się szeroko.
Sara! Wiesz, co robią lekarze w kuchni?! — zapytała, podskakując radośnie.
Nie mam pojęcia. — Westchnęła Sara i zaczęła ściągać kurtkę.
Leczo! — zawołała, a ja parsknęłam śmiechem.
Skąd to znasz? — zapytałam, na co dziewczynka uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
Artur mi powiedział.
Spojrzałyśmy na siebie z Sarą.
Jest w domu? — dopytała blondynka, natomiast Melka pokiwała twierdząco głową.
Dosłownie widziałam, jak w oczach mojej przyjaciółki rodzą się te złowrogie iskry. Zupełnie się nie zdziwiłam, kiedy ze złością rzuciła kurtkę i torebkę na podłogę, a potem ruszyła biegiem po schodach na górę.
Błagam, tylko nie awantura — jęknęłam do siebie i również pobiegłam na piętro.
Zanim tam wbiegłam już słyszałam jej wrzask, trzaskanie drzwiami i początek kolejnej wojny.
Ty pieprzony, egoistyczny, zasrany, chamie! — wrzeszczała, wpadając do pokoju chłopaka. — Ty kretynie, do potęgi! Czy ciebie wychowała banda aspołecznych pawianów?!
Artur...
Cóż, cały Artur. Siedział grzecznie na łóżku, jednak kiedy Sara uczyniła mu istne wejście smoka, wstał i rzucił na bok książkę, którą czytał.
O co ci... — Nie dokończył, bo moja przyjaciółka po prostu musiała pokazać swój temperament, i zdzieliła go otwartą dłonią w głowę.
Wiesz jak mama się martwiła?! — Pchnęła chłopaka. — Jaki tata chodził wkurzony?! A dziewczynki?! Ile łez wylały?! Czy ty w ogóle umiesz myśleć?! Czy w tej głowie mózg ci całkowicie mchem obrósł?! — Ponownie chciała go uderzyć, ale Artur chwycił jej dłoń za nadgarstek i przytrzymał stanowczo.
Nie jestem workiem treningowym — powiedział spokojnie. — Nie miałem jak wrócić. Kumpla samochód się zepsuł, a telefon zostawiłem w domu.
A wiesz, że istnieje coś takiego jak budka telefoniczna?! — zawołała i wyrwała rękę.
Tam gdzie byłem, nie było takich budek.
To trzeba było sygnały dymne puszczać! — Tym razem kopnęła go w nogę.
Powinnam była coś zrobić, jednak prawda była taka, że wściekłej Sarze Głogowskiej nie wchodzi się w drogę. Nie chciałam zostać skatowana przez blondynę w furii, dlatego grzecznie czekałam, aż jej złość minie.
Posłuchaj mnie, dzieciaku — Artur chwycił ramię dziewczyny — nie interesuje mnie, co masz do powiedzenia. Jesteś w moim pokoju, i albo zaczniesz ze mną normalnie rozmawiać, ale wynocha do siebie. Pomaluj sobie pazurki, albo pobaw się włosami, bo ja nie mam najmniejszej ochoty z tobą rozmawiać! — Puścił ją tak szybko, że Sara lekko się zachwiała.
Przez moment patrzyła na bruneta, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, ale najwidoczniej zrezygnowała. Zamiast tego odwróciła się na pięcie i uciekła do swojego pokoju. Artury wypuścił z płuc powietrze i opadł na łóżko, jakby stoczył walkę z ogromnym niedźwiedziem.
Ona... — zaczęłam, ale nie byłam pewna czy powinnam kończyć.
Artur podniósł głowę, posyłając mi pytające spojrzenie.
Martwiła się o ciebie.
Ta, jasne — burknął.
Martwiła się bardziej, niż myślisz. — Wzruszyłam ramionami i również opuściłam pokój chłopaka.
Bo co ja mogłam? Oboje byli na tyle dojrzali, że sami powinni znaleźć między sobą nić porozumienia. Nie miałam prawa się w to wtrącać. Cieszyłam się jednak, że Artur wrócił cały i zdrowy.
Kiedy wróciłam do domu, po raz kolejny doszłam do wniosku, że posiadałam matkę-wariatkę. Łaziła po domu ze słuchawkami, podłączonymi do telefonu i słuchała muzyki, wydzierając się przy tym na całe gardło. I ogólnie nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że dźwięki, jakie z siebie wydawała, brzmiały jak krzyk kota, który nagle dostał ataku biegunki.
Za co tortury? — zapytałam sama siebie i opadłam na kanapę w salonie.
Mama albo mnie nie zauważyła, albo udawała, że nie widziała mojej obecności, bo nadal chodziła w tą i z powrotem, śpiewając na cały głos jedną z piosenek Kelly Clarkson. Wydawała z siebie coraz głośniejsze dźwięki, a kiedy sufit zadrżał, grożąc zawaleniem, uznałam, że trzeba to jakoś przerwać.
Mamo! — wrzasnęłam, a kobieta spojrzała na mnie z uśmiechem na ustach. — Zbastuj trochę!
Wyjęła słuchawki z uszu.
O co ci chodzi? — zapytała, niby niewinnie.
Dlaczego wszyscy moi znajomi, mogli mieć normalne matki, a ja miałam taką postrzeloną wariatkę?
Wrzeszczysz, jak chory na gruźlicę, chomik — burknęłam. — Dlaczego nie jesteś w pracy?
Mam wolne — odpowiedziała i usiadła na kanapie. Oczywiście, musiała klapnąć wprost na moje nogi. — Robimy babski wieczór?
Po pierwsze: miażdżysz mi nogi, po drugie: byłam dzisiaj na wagarach.
Zmarszczyła brwi.
Od kiedy chodzisz na wagary? — zdziwiła się.
Od dzisiaj. — Przewróciłam oczami. — Artur zaginął.
Twój chłopak? — Poruszyła brwiami w górę i w dół.
Litości!
Nie! — zawołałam. — Brat Sary!
Aaa... — Zrobiła coś w stylu zawiedzionej miny. — Ale znalazł się?
Cała matka Teresa. Mogłabym jej powiedzieć, że zamordowali sąsiada, a ona i tak zapytałaby „a żyje?”.
Taa, znalazł się. — Wzruszyłam ramionami. — Byłam na wagarach, bo szukałyśmy go z Sarą.
Kiwnęła głową ze zrozumieniem.
Gdyby tobie kiedyś przyszło do głowy zaginąć, zostaw kartkę na lodówce, gdzie jesteś. — Uśmiechnęła się, — Żebym nie musiała długo szukać.
Boże, jak ja się cieszę, że logicznego myślenia nie odziedziczyłam po tobie — powiedziałam. — Nie rozumiem, jakim cudem jesteś dziekanem i onkologiem, skoro tak rozumujesz.
Po prostu staram się podchodzić do życia żartobliwie. — Uszczypnęła mnie w nos, jak jakieś małe dziecko. — Inaczej nie robiłam nic, poza płaczem i łykaniem antydepresantów.
Przygryzłam lekko dolną wargę.
Mamo? — zapytałam, a Teresa spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem. — Tęsknisz czasami za tatą?
Otworzyła usta, jakby chciała odpowiedzieć, jednak nie wydusiła z siebie ani słowa. Przez chwilę myślała nad moim pytaniem w milczeniu.
Każdy za czymś tęskni — powiedziała cicho. — Tęsknię za twoim tatą, Lotte. Ale za tym, którego poślubiłam, nie za tym gburem, z którym się rozwiodłam.
Obie się roześmiałyśmy.
— „Tereso, ty sobie nie poradzisz z nastolatką w Polsce! Bez pracy, bez perspektyw!” — zacytowałam słowa mojego taty.
Mam uśmiechnęła się smutno.
Radzę sobie? — zapytała, spoglądając na mnie wyczekująco.
Jasne, że sobie radzisz — powiedziałam. — Jesteś najlepszą mamą na świecie!
Teresa uśmiechnęła się szeroko, przytuliła mnie do siebie i pocałowała w moją rudą głowę. To było takie przesłodzone, takie niepodobne do naszej codzienności, jednak naprawdę uważałam, że mama dawała radę. Pomimo swojego dziwactwa, była najwspanialszą kobietą, która chodziła po tej Ziemi. Była moja i chociaż często na nią narzekałam, to cieszyłam się, że z nią byłam. Po prostu ją kochałam.

______________________

Maraton LOTTE w toku :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz