Jacek
Trzebiatowski mieszkał w starej, rozpadającej się kamienicy na
pierwszym piętrze. Gdy tylko weszłyśmy z Sarą na klatkę
schodową, dopadł nas smród stęchlizny i moczu. Był on na tyle
intensywny, że poczułam szczypanie oczu.
Drewniana,
krzywa i super brudna podłoga skrzypiała pod wpływem stawianych
kroków. Niegdyś zielone ściany, obrzydzały plamami, nieznanego
pochodzenia, placami poodpadanej farby oraz prymitywnymi malunkami
męskich genitaliów. Na piętro prowadziły mega strome, krzywe
schody z połamaną balustradą.
Spojrzałyśmy
z Sarą na siebie bardzo niepewnie.
— Przysięgam,
że zamorduję tego idiotę — warknęła i ruszyła przodem po
schodach.
Każdy
stopień głośno protestował na nasz ciężar, ale jaki miałyśmy
wybór. Mogłyśmy szukać Artura, niczym igły w stogu siana, lub
zapytać o niego kogoś, kto mógłby mieć jakieś informacje.
Korytarz
na piętrze wyglądał dokładnie tak samo, jak ten na dole. Drzwi
mieszkania Jacka były obdrapane, a z wnętrza dobiegała głośna
muzyka. Prawdopodobnie jakiś ostry rock lub metal.
— Skąd
wiesz, że tutaj mieszka? — zapytałam Sary.
Przyjaciółka
skrzywiła się, widząc jakąś plamę na drzwiach.
— Kiedyś
jak Artur odebrał mnie ze szkoły, przyszłam z nim tutaj —
wytłumaczyła. — Jacek oddawał mu kasę. — Poprawiła na
ramieniu swoją torebkę, a potem zaczęła pięścią walić w
drzwi.
Przez
kilka sekund nic się nie działo, a potem z wnętrza dobiegł nas
gruby, męski głos, wrzeszczący „kto się, do kurwy, tak dobija”.
Po chwili kliknął zamek i w progu mieszkania pojawił się Jacek.
Kiedy tylko nas zobaczył, rozchylił usta, jakby zaskoczony naszym
widokiem, wyszedł na klatkę i zamknął za sobą drzwi.
— Czego?
— zapytał, zakładając ręce na piersi. W spodniach dresowych i
czarnym podkoszulku wyglądał jak typowy bramkarz dyskoteki.
— Szukamy
Artura — powiedziała twardo Sara.
Trzeba
przyznać, że miała odwagę. Ja w obliczu tego osiłka, czułam się
jak mrówka. Chociaż tak właściwie, to bardziej jak bakteria, taka
zupełnie niewidoczna bez użycia mikroskopu.
— Kogo?
— zapytał marszcząc brwi.
— Kurwa
mać! — warknęła Sara. — Posłuchaj mnie ty wielki, napakowany
ogrze! — Wycelowała palcem prosto w klatkę piersiową Jacka. —
Szukam tego tępego półgłówka spod ciemnej gwiazdy, Artura, więc
łaskawie wejdź do tej swojej meliny, i mi go tutaj przyprowadź! Bo
jeżeli nie, to sama tam wejdę, ale uwierz mi, to nie będzie miłe,
ani dla mnie, ani dla ciebie!
Mężczyzna
musiał być zaskoczony zachowaniem Sary, bo nie miałam wątpliwości,
że inaczej już dawno dałby nam obu popalić. Patrzył przez chwilę
na moją przyjaciółkę, zamrugał kilka razy i uśmiechnął się.
— Już
cię pamiętam — powiedział. — Ty jesteś ta młoda,
wyszczekana. Siostra Leona, co nie?
— Jak
ci zaraz przywalę w zęby, to będziesz szczekał do końca życia!
— powiedziała ostro. — Wołaj go tutaj, ale już!
— Nie
ma go u mnie. — Wzruszył ramionami.
— A
kiedy go ostatni raz widziałeś? — odważyłam się zapytać.
Jacek
spojrzał na przeciwległą ścianę w zamyśleniu.
— Jakiś
tydzień temu, na imprezie za miastem. — Przeniósł spojrzenie na
mnie, później na Sarę. — Fajną dupę wtedy wyrwał.
Sara
krzyknęła z bezsilności, odwróciła się i zbiegła po schodach.
— Dzięki
za pomoc! — zawołałam i ruszyłam śladem przyjaciółki. —
Jakby się pojawił, powiedz, że Sara go szuka!
Nie
czekałam na odpowiedź. Wybiegłam za blondynką, ale udało mi się
ją dogonić niemal dwie ulice dalej. To był niesamowity fenomen, bo
Sara nigdy nie umiała się zmusić do lekkiego truchtu na w-fie, a
tamtego dnia biegała jak zawodowiec.
— Gdzie
on może być? — zapytała, kiedy w końcu ją dogoniłam.
Spojrzała w moją stronę załzawionymi oczami.
Otworzyłam
usta w zdumieniu. Sara Głogowska płakała?
— Ja
naprawdę zaczynam myśleć, że to moja wina.
— To
nie jest twoja wina — rzekłam i wzięłam ją pod ramię. —
Chodź, pójdziemy do domu i na spokojnie zastanowimy się, co robić.
— Nie
znam żadnych jego kumpli, nie licząc Jacka. Nie wiem gdzie chodzi,
z kim się spotyka...
— Sara,
poczekaj — powiedziałam, stając w miejscu. — A jego pokój?
Przeszukajmy go, musi tam być jakaś informacja, wskazówka,
cokolwiek. Znajdziemy go.
Moja
przyjaciółka patrzyła na mnie z wyraźną nadzieją. W końcu
skinęła głową na zgodę i ruszyłyśmy w stronę jej domu. Nigdy
nie spodziewałabym się, że Sarę tak bardzo zaniepokoi zniknięcie
Artura. Odkąd ją znałam, zawsze się z nim kłóciła, mówiła,
że go nienawidziła, i najchętniej dosypałaby mu do zupy środki
przeczyszczające. Jednak w tamtym momencie, nie dość, że chodziła
po jakichś melinach, szukając przyszywanego brata, to jeszcze
wylewała łzy. Coraz bardziej podejrzewałam, że między tym dwojga
coś jest, a ta cała agresja to tylko przykrywka. Jednak Sara była
moją przyjaciółką i powiedziałaby mi, gdyby poczuła coś
głębszego do Artura. Przecież nie byli spokrewnieni, nie łączyły
ich żadne więzy krwi i mogli normalnie tworzyć parę. Owszem, na
początku ludzie mogliby dziwnie na to patrzyć, ponieważ na ogół
rozeszło się, że Głogowscy to rodzice Artura, ale to byłby
chwilowy szok. I tak jak wcześniej postanowiłam, że nie zamierzam
się w to wtrącać, tak w tamtym momencie to postanowienie
skreśliłam. Nie była to jednak odpowiednia chwila na rozpoczynanie
takich rozmów. Najważniejsze było odnalezienie Artura.
W
trakcie powrotu, Sara wytłumaczyła mi, że poprzedniego wieczoru
nawrzeszczała na chłopaka, bo wszedł bez pukania do jej pokoju.
Akurat się przebierała, więc chłopak miał okazję oglądać ją
w samej bieliźnie. Skończyło się na spoliczkowaniu, wyzwiskach i
wypchnięciu z pokoju. A że Sara, to Sara, to kiedy później
natknęła się na Artura w kuchni, ponownie go wyzwała i oskarżyła
o próbę gwałtu. To najwidoczniej przelało szalę goryczy i
chłopak miał dość. Nie do końca rozumiałam, co kierowało moją
przyjaciółką, jednak powiedziałam jej, że w mojej opinii
zachowała się jak buc.
Gdy
tylko weszłyśmy do domu, podbiegła od nas nadzwyczaj wesoła Melka
i uśmiechnęła się szeroko.
— Sara!
Wiesz, co robią lekarze w kuchni?! — zapytała, podskakując
radośnie.
— Nie
mam pojęcia. — Westchnęła Sara i zaczęła ściągać kurtkę.
— Leczo!
— zawołała, a ja parsknęłam śmiechem.
— Skąd
to znasz? — zapytałam, na co dziewczynka uśmiechnęła się
jeszcze szerzej.
— Artur
mi powiedział.
Spojrzałyśmy
na siebie z Sarą.
— Jest
w domu? — dopytała blondynka, natomiast Melka pokiwała twierdząco
głową.
Dosłownie
widziałam, jak w oczach mojej przyjaciółki rodzą się te
złowrogie iskry. Zupełnie się nie zdziwiłam, kiedy ze złością
rzuciła kurtkę i torebkę na podłogę, a potem ruszyła biegiem po
schodach na górę.
— Błagam,
tylko nie awantura — jęknęłam do siebie i również pobiegłam
na piętro.
Zanim
tam wbiegłam już słyszałam jej wrzask, trzaskanie drzwiami i
początek kolejnej wojny.
— Ty
pieprzony, egoistyczny, zasrany, chamie! — wrzeszczała, wpadając
do pokoju chłopaka. — Ty kretynie, do potęgi! Czy ciebie
wychowała banda aspołecznych pawianów?!
Artur...
Cóż,
cały Artur. Siedział grzecznie na łóżku, jednak kiedy Sara
uczyniła mu istne wejście smoka, wstał i rzucił na bok książkę,
którą czytał.
— O
co ci... — Nie dokończył, bo moja przyjaciółka po prostu
musiała pokazać swój temperament, i zdzieliła go otwartą dłonią
w głowę.
— Wiesz
jak mama się martwiła?! — Pchnęła chłopaka. — Jaki tata
chodził wkurzony?! A dziewczynki?! Ile łez wylały?! Czy ty w ogóle
umiesz myśleć?! Czy w tej głowie mózg ci całkowicie mchem
obrósł?! — Ponownie chciała go uderzyć, ale Artur chwycił jej
dłoń za nadgarstek i przytrzymał stanowczo.
— Nie
jestem workiem treningowym — powiedział spokojnie. — Nie miałem
jak wrócić. Kumpla samochód się zepsuł, a telefon zostawiłem w
domu.
— A
wiesz, że istnieje coś takiego jak budka telefoniczna?! —
zawołała i wyrwała rękę.
— Tam
gdzie byłem, nie było takich budek.
— To
trzeba było sygnały dymne puszczać! — Tym razem kopnęła go w
nogę.
Powinnam
była coś zrobić, jednak prawda była taka, że wściekłej Sarze
Głogowskiej nie wchodzi się w drogę. Nie chciałam zostać
skatowana przez blondynę w furii, dlatego grzecznie czekałam, aż
jej złość minie.
— Posłuchaj
mnie, dzieciaku — Artur chwycił ramię dziewczyny — nie
interesuje mnie, co masz do powiedzenia. Jesteś w moim pokoju, i
albo zaczniesz ze mną normalnie rozmawiać, ale wynocha do siebie.
Pomaluj sobie pazurki, albo pobaw się włosami, bo ja nie mam
najmniejszej ochoty z tobą rozmawiać! — Puścił ją tak szybko,
że Sara lekko się zachwiała.
Przez
moment patrzyła na bruneta, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć,
ale najwidoczniej zrezygnowała. Zamiast tego odwróciła się na
pięcie i uciekła do swojego pokoju. Artury wypuścił z płuc
powietrze i opadł na łóżko, jakby stoczył walkę z ogromnym
niedźwiedziem.
— Ona...
— zaczęłam, ale nie byłam pewna czy powinnam kończyć.
Artur
podniósł głowę, posyłając mi pytające spojrzenie.
— Martwiła
się o ciebie.
— Ta,
jasne — burknął.
— Martwiła
się bardziej, niż myślisz. — Wzruszyłam ramionami i również
opuściłam pokój chłopaka.
Bo co
ja mogłam? Oboje byli na tyle dojrzali, że sami powinni znaleźć
między sobą nić porozumienia. Nie miałam prawa się w to wtrącać.
Cieszyłam się jednak, że Artur wrócił cały i zdrowy.
Kiedy
wróciłam do domu, po raz kolejny doszłam do wniosku, że
posiadałam matkę-wariatkę. Łaziła po domu ze słuchawkami,
podłączonymi do telefonu i słuchała muzyki, wydzierając się
przy tym na całe gardło. I ogólnie nie miałabym nic przeciwko
temu, gdyby nie fakt, że dźwięki, jakie z siebie wydawała,
brzmiały jak krzyk kota, który nagle dostał ataku biegunki.
— Za
co tortury? — zapytałam sama siebie i opadłam na kanapę w
salonie.
Mama
albo mnie nie zauważyła, albo udawała, że nie widziała mojej
obecności, bo nadal chodziła w tą i z powrotem, śpiewając na
cały głos jedną z piosenek Kelly Clarkson. Wydawała z siebie
coraz głośniejsze dźwięki, a kiedy sufit zadrżał, grożąc
zawaleniem, uznałam, że trzeba to jakoś przerwać.
— Mamo!
— wrzasnęłam, a kobieta spojrzała na mnie z uśmiechem na
ustach. — Zbastuj trochę!
Wyjęła
słuchawki z uszu.
— O
co ci chodzi? — zapytała, niby niewinnie.
Dlaczego
wszyscy moi znajomi, mogli mieć normalne matki, a ja miałam taką
postrzeloną wariatkę?
— Wrzeszczysz,
jak chory na gruźlicę, chomik — burknęłam. — Dlaczego nie
jesteś w pracy?
— Mam
wolne — odpowiedziała i usiadła na kanapie. Oczywiście, musiała
klapnąć wprost na moje nogi. — Robimy babski wieczór?
— Po
pierwsze: miażdżysz mi nogi, po drugie: byłam dzisiaj na wagarach.
Zmarszczyła
brwi.
— Od
kiedy chodzisz na wagary? — zdziwiła się.
— Od
dzisiaj. — Przewróciłam oczami. — Artur zaginął.
— Twój
chłopak? — Poruszyła brwiami w górę i w dół.
Litości!
— Nie!
— zawołałam. — Brat Sary!
— Aaa...
— Zrobiła coś w stylu zawiedzionej miny. — Ale znalazł się?
Cała
matka Teresa. Mogłabym jej powiedzieć, że zamordowali sąsiada, a
ona i tak zapytałaby „a żyje?”.
— Taa,
znalazł się. — Wzruszyłam ramionami. — Byłam na wagarach, bo
szukałyśmy go z Sarą.
Kiwnęła
głową ze zrozumieniem.
— Gdyby
tobie kiedyś przyszło do głowy zaginąć, zostaw kartkę na
lodówce, gdzie jesteś. — Uśmiechnęła się, — Żebym nie
musiała długo szukać.
— Boże,
jak ja się cieszę, że logicznego myślenia nie odziedziczyłam po
tobie — powiedziałam. — Nie rozumiem, jakim cudem jesteś
dziekanem i onkologiem, skoro tak rozumujesz.
— Po
prostu staram się podchodzić do życia żartobliwie. —
Uszczypnęła mnie w nos, jak jakieś małe dziecko. — Inaczej nie
robiłam nic, poza płaczem i łykaniem antydepresantów.
Przygryzłam
lekko dolną wargę.
— Mamo?
— zapytałam, a Teresa spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem. —
Tęsknisz czasami za tatą?
Otworzyła
usta, jakby chciała odpowiedzieć, jednak nie wydusiła z siebie ani
słowa. Przez chwilę myślała nad moim pytaniem w milczeniu.
— Każdy
za czymś tęskni — powiedziała cicho. — Tęsknię za twoim
tatą, Lotte. Ale za tym, którego poślubiłam, nie za tym gburem, z
którym się rozwiodłam.
Obie
się roześmiałyśmy.
— „Tereso,
ty sobie nie poradzisz z nastolatką w Polsce! Bez pracy, bez
perspektyw!” — zacytowałam słowa mojego taty.
Mam
uśmiechnęła się smutno.
— Radzę
sobie? — zapytała, spoglądając na mnie wyczekująco.
— Jasne,
że sobie radzisz — powiedziałam. — Jesteś najlepszą mamą na
świecie!
Teresa
uśmiechnęła się szeroko, przytuliła mnie do siebie i pocałowała
w moją rudą głowę. To było takie przesłodzone, takie niepodobne
do naszej codzienności, jednak naprawdę uważałam, że mama dawała
radę. Pomimo swojego dziwactwa, była najwspanialszą kobietą,
która chodziła po tej Ziemi. Była moja i chociaż często na nią
narzekałam, to cieszyłam się, że z nią byłam. Po prostu ją
kochałam.
______________________
Maraton LOTTE w toku :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz