niedziela, 12 lutego 2023

LOTTE - Rozdział 6


Szkoła. Ogromny budek, wypełniony krnąbrnymi nastolatkami, powoli wchodzącymi w dorosłe życie. Zazwyczaj oceniało się, że liceum to zbiegowisko okrutnych, zbuntowanych dzieciaków. Nikt nie doceniał naszej wielkoduszności – a takową naprawdę posiadaliśmy. Nie było również nikogo, kto równie bardzo jak my, lubił imprezy.
Całą klasą czekaliśmy na lekcję polskiego. Była długa przerwa, więc standardowo Krystian – klasowy podrywacz, włączył muzykę w swoim telefonie. A że miał przy sobie głośniki, działające na taką sprytną sieć, zwaną „bluetooth”, to wszyscy na korytarzu mogli się raczyć dźwiękami klubowej, dudniącej muzyki. Niektórzy – nawet osoby, nie będące częścią naszej klasy – poruszało się w rytm piosenki, a wśród nich była oczywiście moja przyjaciółka.
I to była nowość.
Sara chociaż bardzo temperamentna, raczej unikała tańców, chyba, że rozluźniało ją jakieś alko na imprezie. Jednak w tamtej chwili byłyśmy w szkole, alkoholu nie było, a blondyna wyginała się niczym parafka, bujając biodrami i skacząc jak piłka. Patrzyłam na to wszystko, siedząc pod klasą, a Sara, po mojej odmowie, przyłączenia się do tego widowiska, zaciągnęła do tańca Ilonę.
Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego Kulczycki, który stał na drugim końcu korytarza, nie reagował na te cyrki, bo według mnie, to powoli się przeradzało w jakiś taniec porno. No właśnie... Kulczycki.
Tego dnia czekała mnie kolejna godzina zajęć, jednak już nie stresowałam się tak bardzo, jak poprzednio. Po prostu stwierdziłam, że pójdę na tę lekcję, odpękam swoje i wrócę do domu, aby zjeść cieplusi obiadek. Po babskim wieczorze, zorganizowanym przez moją mamę – czyli objedzeniu fast-foodami, opiciu colą i obejrzeniu chyba wszystkich, dostępnych komedii romantycznych – zamknęłam się w pokoju, a moje myśli mimowolnie powędrowały w stronę nauczyciela. Miałam takie dziwne wrażenie, że podczas ostatnich lekcji, jakoś inaczej mnie obserwował. Poza tym wypytywał o rodzinę, o USA, o powrót. Niby nic specjalnego, bo przecież to mogła być zwykła ciekawość lub próba rozładowania napięcia, ale jakoś czułam, że to nie było do końca normalne. I albo to ja wariowałam, pod wpływem mamy i Sary, albo Kulczycki częściej na mnie zerkał. I jeżeli tak było, to jakoś niespecjalnie mi się to podobało.
Kasia, która siedziała ze mną pod ścianą poczęstowała mnie żelkami, i nagle, jak spod ziemi, wyrósł przede mną Bartek.
Chodź — powiedział.
Zanim się zorientowałam o co mu chodziło, pociągnął mnie za ręce i zaciągnął do tańca. Bartłomiej Stobiński, ten, który zawsze trzymał się na uboczu, od tak podszedł do mnie i zaczął ze mną tańczyć. Czy to już był grudzień? Bo taki cud to tylko z okazji Świąt mógł się wydarzyć.
A tobie co się stało? — zapytałam, gdy okręcił mnie kilka razy.
Wzruszył ramionami i uśmiechnął się. Miał na sobie niebieską bluzę, kontrastującą z jego rudymi włosami i jakieś jeansy.
Ślicznie dziś wyglądasz — powiedział, a mi szczęka powędrowała w dół.
Poważnie? Czy tylko się przesłyszałam?
Dzięki — mruknęłam w odpowiedzi.
No, młodzieży!
Usłyszałam kobiecy, wesoły głos.
Dosyć tych pląsów!
Dotarła do nas profesor Anna Dunajska, polonistka. Była niską, przysadzistą kobietą o czarnych włosach, opadających na kark. W jednej ręce trzymała dziennik naszej klasy, a w drugiej bordową torebkę. Pani Dunajska miała to do siebie, że przychodziła zawsze minutę przed dzwonkiem.
Pani kochana! — zawołał Krystian. — Zatańczy pani ze mną? — Ukłonił się tak, jak to robią dżentelmeni na tych wszystkich filmach historycznych, i wyciągnął w kierunku kobiety dłoń.
Oj, nie chciałbyś ze mną, chłopcze, tańczyć. — Roześmiała się polonistka i otworzyła drzwi klasy, w tej samej chwili, w której zadzwonił dzwonek.
Chwyciłam swój plecak i z całą resztą „tej roztańczonej bandy”, weszłam do środka. Praktycznie w każdej jednej sali, siedziałyśmy z Sarą gdzieś z tyłu. Tamtego dnia również usadowiłyśmy się w przedostatniej ławce, a na nami standardowo – Bartek i Dawid.
Masz może długopis? — zapytała Sara, szperając w swojej torbie. — Ja chyba mój zgubiłam.
Bo rzucasz wszystko, byle gdzie — zauważyłam.
Tak, ja, mistrzyni porządku, pouczała kolejnego niechluja.
Aj tam, marudzisz — skwitowała.
No to co? — Dunajska radośnie klasnęła w dłonie. — Kartkóweczka?
Co?! — zawołała Ilona. — Z czego znowu?!
Jak to? — Polonistka uśmiechnęła się w jej stronę. — Przecież dzisiaj mamy lekturę!
Sara spojrzała na mnie wielkimi oczami.
Co ta kobieta bredzi? — syknęła.
Na dzisiaj była lektura — wyjaśniłam. — „Kamizelka”.
Posrało cię?! — szepnęła do mnie — przecież ja nawet tej książki na oczy nie widziałam, nie mówiąc o streszczeniu!
Pomogę ci. — Podałam jej czystą kartkę.
Oczywiście zanim doszło do tej całej kartkówki, nauczycielka porozsadzała nas tak, że ja siedziałam w ostatniej ławce, na miejscu Bartka, Sara dwie ławki z przodu, a przede mną nie kto inny, jak Krystian.
Umiesz coś? — zapytał, gdy Dunajska zapisywała pytania na tablicy.
Niewiele — odpowiedziałam.
Pytania były trzy:
1. Kto jest autorem „Kamizelki”
2. Opisz w skrócie fabułę dzieła
3. Jak nazywa się młode małżeństwo, o którym mówi utwór?
Przeczytałam treść zadań i pomyślałam, że to bułka z masłem. Dosłownie w kilka minut napisałam odpowiedzi, a kiedy odłożyłam długopis, poczułam jak w kieszeni wibruje mój telefon. Zerknęłam w stronę nauczycielki, ale ta pisała coś w dzienniku, więc zerknęłam na wyświetlacz.

SARA: Kto napisał to badziewie?
JA: Bolesław Prus
SARA: Dobra, dzięki, resztę nakituję :D

Cóż... cała Sara. Zamiast poświęcić w domu kilka minut na przygotowanie do zajęć, ona wolała liczyć na łut szczęścia lub ściągnąć informację od kogoś innego, ewentualnie z internetu.
Lekcja polskiego przebiegła dość szybko i spokojnie. Następne godziny także, więc zanim się zorientowałam już pukałam do drzwi sali, w której czekał profesor Kulczycki. Tamtego dnia miał na sobie szary bezrękawnik, rozpiętą, czerwoną koszulę, czarne spodni i adidasy. Włosy chyba przyciął, i jakby trochę ułożył.
Kiedy tylko wkroczyłam do klasy, spojrzał na mnie znad jakichś kartek i uśmiechął się przyjaźnie.
Dzień dobry — powiedziałam i od razu usiadłam w pierwszej ławce, tak jak poprzednio.
Dzień dobry, Charlotte — powiedział uprzejmie i wyjął te same książki, co ostatnio. — Jak leci?
W porządku — rzekłam, biorąc podręcznik. — A u pana? — Nie żeby mnie to interesowało, ale grzeczność nakazywała zapytać.
Też w porządku — odpowiedział. — Masz może przy sobie telefon?
Mam — odpowiedziałam zdziwiona.
Daj mi go na chwilkę.
Zamrugałam kilka razy zaskoczona. Po cholerę mu mój telefon? Przecież nie zamierzałam pisać wiadomości, podczas zajęć!
No daj, zaraz ci go oddam — obiecał.
I co ja miałam zrobić? Powiedzieć: „bujaj się, ćwoku, masz swój”? Wyciągnęłam ten nieszczęsny telefon z kieszeni, i podałam nauczycielowi. Patrzyłam, jak przez chwilę bawił się nim, a potem oddał moją własność, jak gdyby nigdy nic. Bez żadnego, nawet malutkiego wyjaśnienia.
Jeszcze bardziej zdziwiona, schowałam komórkę z powrotem. Uznałam, że szukanie przy Kulczyckim, co tam nabroił, byłoby niegrzeczne, więc zakodowałam w głowie, by zrobić to później.
Odrobiłaś zadania, o które prosiłem? — zapytał.
Tak. — Wyciągnęłam z plecaka trzy duże kartki A4. — Miałam tylko problem z zadaniem ósmym i dwunastym.
Mhmm — mruknął, chwycił w dłoń czerwony długopis i zaczął sprawdzać. — Tu jest dobrze... — mruczał pod nosem, stawiając haczyki obok numerów zadań. — Tu też jest dobrze... tutaj także.
Dużo będę miała takich prac do domu? — zapytałam, a Kulczycki spojrzał na mnie.
To zależy od materiału — rzekł. — Ale co jakiś czas, będę ci dawał zadania tego typu.
Pytam, bo to akurat było bardzo proste. — Wzruszyłam ramionami. — Zrobiłam to w dziesięć minut.
Chcesz coś trudniejszego?
No skoro już mam te indywidualne zajęcia, to chciałabym coś bardziej wymagającego. — Posłałam w stronę mężczyzny uśmiech.
Podobasz mi się, Charlotte — powiedział, a mi oczy chyba z orbit wyleciały.
Zamrugałam szybko, trawiąc to, co powiedział.
Słucham? — zapytałam słabo.
Moje serce zaczęło szybciej bić, a dłonie pokrył pot. To były jakieś omamy słuchowe, prawda?
Chodziło mi o twój zapał — wyjaśnił szybko. — Podoba mi się twój zapał do nauki. Pomimo tego, że mieszkałaś w Stanach, nadal chcesz się rozwijać.
Aaa... — wydusiłam.
Dlaczego poczułam zawód? Przecież to był nauczyciel, który zwyczajnie źle się wysłowił. Atmosfera zgęstniała, pan Robert wrócił do sprawdzania zadań, ja natomiast chciałam jak najszybciej opuścić klasę. Przecież zrobiłam z siebie kompletną idiotkę! Żeby ukryć zażenowanie, otworzyłam książkę i zaczęłam ją czytać, udając w ten sposób wieeelkie zainteresowanie treścią. W rzeczywistości, obrzucałam sama siebie wszystkimi obelgami, jakie tylko przychodziły mi do głowy.
W zadaniu ósmym — powiedział nauczyciel dziwnie zachrypniętym głosem. Odchrząknął, wziął głębszy oddech i kontynuował: — rzeczywiście był błąd. Ale dwunaste jest dobrze.
Podniosłam wzrok i napotkałam szare tęczówki Kulczyckiego.
Nie wiem dlaczego, ale poczułam się, jakby mnie sparaliżowało. Jego oczy były niczym sztorm, który mnie porwał i rzucał mną, jak mu się rzewnie podobało. Po prostu nigdy nie widziałam takiej szarości, takiej stali, takiej burzy w żadnych oczach. Nigdy wcześniej nie widziałam tak rozchylonych ust, wyraźnie przyspieszonego oddechu.
Kurwa! Ochłoń idiotko, myślałam. Wyobraź sobie pająki, wyobraź sobie PAJĄKI! Wyrzuć z myśli tego przystojnego Adonisa, do diabła! Chyba powinnam była coś powiedzieć, jednak kompletnie nie wiedziałam, co. Zawiesiłam się, jak jakieś stare urządzenie, potrzebujące natychmiastowej renowacji. Koniec. Charlotte przepadła. The end.
Charlotte? — zapytał cicho nauczyciel, wyrywając mnie tym samym z otępienia.
Tak?
Jesteś tu jeszcze?
Czy byłam? Tak, jasne, że byłam. To znaczy, moje ciało na pewno. Serce też, bo waliło tak mocno, że zaczęłam się bać, iż zaraz połamie mi żebra. Ale mózg gdzieś się zapodział. Chyba wziął swoje walizki, założył okulary przeciwsłoneczne, powiedział „goodbye my baby” i tyle go widziałam. Chciałam coś odpowiedzieć, ale przerwało mi pukanie do drzwi. DZIĘKI BOGU! WY-BA-WIE-NIE! Normalnie chciałam zacząć tańczyć taniec hula z radości.
Przepraszam — do sali weszła szczupła brunetka, opalona w solarium — mogę na chwilę pana prosić?
Znałam ją. Chodziła do równoległej klasy i miała na imię Monika.
Wybacz na moment — rzekł Kulczycki, a następnie wyszedł z klasy.
Kiedy tylko zniknął mi z oczu, wypuściłam z płuc powietrze i walnęłam czołem o ławkę. Idiotka, idiotka, IDIOTKA! Jak ja mogłam pomyśleć, że...? To znaczy, pomyśleć mogłam, ale powinnam tego tak okazywać, do jasnej, ciasnej anielki! To były dopiero drugie zajęcia, a ja już miałam dość. Chyba jednak powinnam była się obawiać tych spotkań.
Pan Robert wrócił i zachowywał się normalnie. Po prostu wziął do ręki książkę i zaczął prowadzić lekcję. Rozwiązywał ze mną zadanie, i tak jak poprzednio, krążył po sali, uważnie śledząc moje postępy. I chociaż niby wszystko było normalnie, ja ciągle nie mogłam dojść do siebie, a o skupieniu już w ogóle nie było mowy. W moje głowie, cały czas siedziała para, szarych oczu.
Odpowiedź B? — wydusiłam, a mężczyzna stanął na środku sali, i spojrzał na mnie marszcząc oczy.
Pytasz czy odpowiadasz?
Zacisnęłam mocniej usta.
Odpowiadam.
Charlotte, nie rozśmieszaj mnie — rzekł — przecież to jest proste zadanie. Rozwiązywałaś o wiele trudniejsze. Skup się.
Huh... łatwo było powiedzieć. Zebrałam w sobie wszystkie pozostałości intelektualne, które zostawił mózg przed swoją emigracją i jeszcze raz przeczytałam polecenie.
C — powiedziałam pewnie, a nauczyciel pokiwał twierdząco głową.
Brawo — znów się uśmiechnął.
W taki sposób zajęcia wyglądały już do samego końca. Nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego i – na moje szczęście – nic, co upokorzyłoby mnie do samego końca. Pan Robert i ja, wyszliśmy razem ze szkoły, jednak za bramą nasze drogi się rozchodziły.
To do zobaczenia, Charlotte — powiedział, puszczając mi oczko. — Miłego wieczoru. — Poklepał mnie po ramieniu, jak jakąś klacz, odwrócił się i odszedł do samochodu.
Do widzenia — wydusiłam, chociaż wiedziałam, że nie mógł mnie usłyszeć.
Potem przypomniałam sobie o telefonie. Wyciągnęłam go i zaczęłam przeszukiwać, jednak nie znalazłam nic podejrzanego. Aż naszła mnie myśl, abym sprawdziła kontakty. I chociaż wydawało mi się to mało prawdopodobne, zaczęłam śledzić całą listę, aż natrafiłam na coś, przez co o mało nie zeszłam na zawał. W moim telefonie widniał kontakt o nazwie ROBERT, i byłam przekonana, że jeszcze dwie godziny wcześniej go tam nie było.
Kurwa mać, pomyślałam.
On zapisał mi swój numer!

_________________________

Maraton LOTTE w toku :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz