Szkoła.
Ogromny budek, wypełniony krnąbrnymi nastolatkami, powoli
wchodzącymi w dorosłe życie. Zazwyczaj oceniało się, że liceum
to zbiegowisko okrutnych, zbuntowanych dzieciaków. Nikt nie doceniał
naszej wielkoduszności – a takową naprawdę posiadaliśmy. Nie
było również nikogo, kto równie bardzo jak my, lubił imprezy.
Całą
klasą czekaliśmy na lekcję polskiego. Była długa przerwa, więc
standardowo Krystian – klasowy podrywacz, włączył muzykę w
swoim telefonie. A że miał przy sobie głośniki, działające na
taką sprytną sieć, zwaną „bluetooth”, to wszyscy na korytarzu
mogli się raczyć dźwiękami klubowej, dudniącej muzyki. Niektórzy
– nawet osoby, nie będące częścią naszej klasy – poruszało
się w rytm piosenki, a wśród nich była oczywiście moja
przyjaciółka.
I to
była nowość.
Sara
chociaż bardzo temperamentna, raczej unikała tańców, chyba, że
rozluźniało ją jakieś alko na imprezie. Jednak w tamtej chwili
byłyśmy w szkole, alkoholu nie było, a blondyna wyginała się
niczym parafka, bujając biodrami i skacząc jak piłka. Patrzyłam
na to wszystko, siedząc pod klasą, a Sara, po mojej odmowie,
przyłączenia się do tego widowiska, zaciągnęła do tańca Ilonę.
Zaczęłam
się zastanawiać, dlaczego Kulczycki, który stał na drugim końcu
korytarza, nie reagował na te cyrki, bo według mnie, to powoli się
przeradzało w jakiś taniec porno. No właśnie... Kulczycki.
Tego
dnia czekała mnie kolejna godzina zajęć, jednak już nie
stresowałam się tak bardzo, jak poprzednio. Po prostu stwierdziłam,
że pójdę na tę lekcję, odpękam swoje i wrócę do domu, aby
zjeść cieplusi obiadek. Po babskim wieczorze, zorganizowanym przez
moją mamę – czyli objedzeniu fast-foodami, opiciu colą i
obejrzeniu chyba wszystkich, dostępnych komedii romantycznych –
zamknęłam się w pokoju, a moje myśli mimowolnie powędrowały w
stronę nauczyciela. Miałam takie dziwne wrażenie, że podczas
ostatnich lekcji, jakoś inaczej mnie obserwował. Poza tym wypytywał
o rodzinę, o USA, o powrót. Niby nic specjalnego, bo przecież to
mogła być zwykła ciekawość lub próba rozładowania napięcia,
ale jakoś czułam, że to nie było do końca normalne. I albo to ja
wariowałam, pod wpływem mamy i Sary, albo Kulczycki częściej na
mnie zerkał. I jeżeli tak było, to jakoś niespecjalnie mi się to
podobało.
Kasia,
która siedziała ze mną pod ścianą poczęstowała mnie żelkami,
i nagle, jak spod ziemi, wyrósł przede mną Bartek.
— Chodź
— powiedział.
Zanim
się zorientowałam o co mu chodziło, pociągnął mnie za ręce i
zaciągnął do tańca. Bartłomiej Stobiński, ten, który zawsze
trzymał się na uboczu, od tak podszedł do mnie i zaczął ze mną
tańczyć. Czy to już był grudzień? Bo taki cud to tylko z okazji
Świąt mógł się wydarzyć.
— A
tobie co się stało? — zapytałam, gdy okręcił mnie kilka razy.
Wzruszył
ramionami i uśmiechnął się. Miał na sobie niebieską bluzę,
kontrastującą z jego rudymi włosami i jakieś jeansy.
— Ślicznie
dziś wyglądasz — powiedział, a mi szczęka powędrowała w dół.
Poważnie?
Czy tylko się przesłyszałam?
— Dzięki
— mruknęłam w odpowiedzi.
— No,
młodzieży!
Usłyszałam
kobiecy, wesoły głos.
— Dosyć
tych pląsów!
Dotarła
do nas profesor Anna Dunajska, polonistka. Była niską, przysadzistą
kobietą o czarnych włosach, opadających na kark. W jednej ręce
trzymała dziennik naszej klasy, a w drugiej bordową torebkę. Pani
Dunajska miała to do siebie, że przychodziła zawsze minutę przed
dzwonkiem.
— Pani
kochana! — zawołał Krystian. — Zatańczy pani ze mną? —
Ukłonił się tak, jak to robią dżentelmeni na tych wszystkich
filmach historycznych, i wyciągnął w kierunku kobiety dłoń.
— Oj,
nie chciałbyś ze mną, chłopcze, tańczyć. — Roześmiała się
polonistka i otworzyła drzwi klasy, w tej samej chwili, w której
zadzwonił dzwonek.
Chwyciłam
swój plecak i z całą resztą „tej roztańczonej bandy”,
weszłam do środka. Praktycznie w każdej jednej sali, siedziałyśmy
z Sarą gdzieś z tyłu. Tamtego dnia również usadowiłyśmy się w
przedostatniej ławce, a na nami standardowo – Bartek i Dawid.
— Masz
może długopis? — zapytała Sara, szperając w swojej torbie. —
Ja chyba mój zgubiłam.
— Bo
rzucasz wszystko, byle gdzie — zauważyłam.
Tak,
ja, mistrzyni porządku, pouczała kolejnego niechluja.
— Aj
tam, marudzisz — skwitowała.
— No
to co? — Dunajska radośnie klasnęła w dłonie. — Kartkóweczka?
— Co?!
— zawołała Ilona. — Z czego znowu?!
— Jak
to? — Polonistka uśmiechnęła się w jej stronę. — Przecież
dzisiaj mamy lekturę!
Sara
spojrzała na mnie wielkimi oczami.
— Co
ta kobieta bredzi? — syknęła.
— Na
dzisiaj była lektura — wyjaśniłam. — „Kamizelka”.
— Posrało
cię?! — szepnęła do mnie — przecież ja nawet tej książki na
oczy nie widziałam, nie mówiąc o streszczeniu!
— Pomogę
ci. — Podałam jej czystą kartkę.
Oczywiście
zanim doszło do tej całej kartkówki, nauczycielka porozsadzała
nas tak, że ja siedziałam w ostatniej ławce, na miejscu Bartka,
Sara dwie ławki z przodu, a przede mną nie kto inny, jak Krystian.
— Umiesz
coś? — zapytał, gdy Dunajska zapisywała pytania na tablicy.
— Niewiele
— odpowiedziałam.
Pytania
były trzy:
1. Kto
jest autorem „Kamizelki”
2.
Opisz w skrócie fabułę dzieła
3. Jak
nazywa się młode małżeństwo, o którym mówi utwór?
Przeczytałam
treść zadań i pomyślałam, że to bułka z masłem. Dosłownie w
kilka minut napisałam odpowiedzi, a kiedy odłożyłam długopis,
poczułam jak w kieszeni wibruje mój telefon. Zerknęłam w stronę
nauczycielki, ale ta pisała coś w dzienniku, więc zerknęłam na
wyświetlacz.
SARA:
Kto napisał to badziewie?
JA:
Bolesław Prus
SARA:
Dobra, dzięki, resztę nakituję :D
Cóż...
cała Sara. Zamiast poświęcić w domu kilka minut na przygotowanie
do zajęć, ona wolała liczyć na łut szczęścia lub ściągnąć
informację od kogoś innego, ewentualnie z internetu.
Lekcja
polskiego przebiegła dość szybko i spokojnie. Następne godziny
także, więc zanim się zorientowałam już pukałam do drzwi sali,
w której czekał profesor Kulczycki. Tamtego dnia miał na sobie
szary bezrękawnik, rozpiętą, czerwoną koszulę, czarne spodni i
adidasy. Włosy chyba przyciął, i jakby trochę ułożył.
Kiedy
tylko wkroczyłam do klasy, spojrzał na mnie znad jakichś kartek i
uśmiechął się przyjaźnie.
— Dzień
dobry — powiedziałam i od razu usiadłam w pierwszej ławce, tak
jak poprzednio.
— Dzień
dobry, Charlotte — powiedział uprzejmie i wyjął te same książki,
co ostatnio. — Jak leci?
— W
porządku — rzekłam, biorąc podręcznik. — A u pana? — Nie
żeby mnie to interesowało, ale grzeczność nakazywała zapytać.
— Też
w porządku — odpowiedział. — Masz może przy sobie telefon?
— Mam
— odpowiedziałam zdziwiona.
— Daj
mi go na chwilkę.
Zamrugałam
kilka razy zaskoczona. Po cholerę mu mój telefon? Przecież nie
zamierzałam pisać wiadomości, podczas zajęć!
— No
daj, zaraz ci go oddam — obiecał.
I co
ja miałam zrobić? Powiedzieć: „bujaj się, ćwoku, masz swój”?
Wyciągnęłam ten nieszczęsny telefon z kieszeni, i podałam
nauczycielowi. Patrzyłam, jak przez chwilę bawił się nim, a potem
oddał moją własność, jak gdyby nigdy nic. Bez żadnego, nawet
malutkiego wyjaśnienia.
Jeszcze
bardziej zdziwiona, schowałam komórkę z powrotem. Uznałam, że
szukanie przy Kulczyckim, co tam nabroił, byłoby niegrzeczne, więc
zakodowałam w głowie, by zrobić to później.
— Odrobiłaś
zadania, o które prosiłem? — zapytał.
— Tak.
— Wyciągnęłam z plecaka trzy duże kartki A4. — Miałam tylko
problem z zadaniem ósmym i dwunastym.
— Mhmm
— mruknął, chwycił w dłoń czerwony długopis i zaczął
sprawdzać. — Tu jest dobrze... — mruczał pod nosem, stawiając
haczyki obok numerów zadań. — Tu też jest dobrze... tutaj także.
— Dużo
będę miała takich prac do domu? — zapytałam, a Kulczycki
spojrzał na mnie.
— To
zależy od materiału — rzekł. — Ale co jakiś czas, będę ci
dawał zadania tego typu.
— Pytam,
bo to akurat było bardzo proste. — Wzruszyłam ramionami. —
Zrobiłam to w dziesięć minut.
— Chcesz
coś trudniejszego?
— No
skoro już mam te indywidualne zajęcia, to chciałabym coś bardziej
wymagającego. — Posłałam w stronę mężczyzny uśmiech.
— Podobasz
mi się, Charlotte — powiedział, a mi oczy chyba z orbit
wyleciały.
Zamrugałam
szybko, trawiąc to, co powiedział.
— Słucham?
— zapytałam słabo.
Moje
serce zaczęło szybciej bić, a dłonie pokrył pot. To były jakieś
omamy słuchowe, prawda?
— Chodziło
mi o twój zapał — wyjaśnił szybko. — Podoba mi się twój
zapał do nauki. Pomimo tego, że mieszkałaś w Stanach, nadal
chcesz się rozwijać.
— Aaa...
— wydusiłam.
Dlaczego
poczułam zawód? Przecież to był nauczyciel, który zwyczajnie źle
się wysłowił. Atmosfera zgęstniała, pan Robert wrócił do
sprawdzania zadań, ja natomiast chciałam jak najszybciej opuścić
klasę. Przecież zrobiłam z siebie kompletną idiotkę! Żeby ukryć
zażenowanie, otworzyłam książkę i zaczęłam ją czytać, udając
w ten sposób wieeelkie zainteresowanie treścią. W rzeczywistości,
obrzucałam sama siebie wszystkimi obelgami, jakie tylko przychodziły
mi do głowy.
— W
zadaniu ósmym — powiedział nauczyciel dziwnie zachrypniętym
głosem. Odchrząknął, wziął głębszy oddech i kontynuował: —
rzeczywiście był błąd. Ale dwunaste jest dobrze.
Podniosłam
wzrok i napotkałam szare tęczówki Kulczyckiego.
Nie
wiem dlaczego, ale poczułam się, jakby mnie sparaliżowało. Jego
oczy były niczym sztorm, który mnie porwał i rzucał mną, jak mu
się rzewnie podobało. Po prostu nigdy nie widziałam takiej
szarości, takiej stali, takiej burzy w żadnych oczach. Nigdy
wcześniej nie widziałam tak rozchylonych ust, wyraźnie
przyspieszonego oddechu.
Kurwa!
Ochłoń idiotko, myślałam. Wyobraź sobie pająki, wyobraź sobie
PAJĄKI! Wyrzuć z myśli tego przystojnego Adonisa, do diabła!
Chyba powinnam była coś powiedzieć, jednak kompletnie nie
wiedziałam, co. Zawiesiłam się, jak jakieś stare urządzenie,
potrzebujące natychmiastowej renowacji. Koniec. Charlotte przepadła.
The end.
— Charlotte?
— zapytał cicho nauczyciel, wyrywając mnie tym samym z otępienia.
— Tak?
— Jesteś
tu jeszcze?
Czy
byłam? Tak, jasne, że byłam. To znaczy, moje ciało na pewno.
Serce też, bo waliło tak mocno, że zaczęłam się bać, iż zaraz
połamie mi żebra. Ale mózg gdzieś się zapodział. Chyba wziął
swoje walizki, założył okulary przeciwsłoneczne, powiedział
„goodbye my baby” i tyle go widziałam. Chciałam coś
odpowiedzieć, ale przerwało mi pukanie do drzwi. DZIĘKI BOGU!
WY-BA-WIE-NIE! Normalnie chciałam zacząć tańczyć taniec hula z
radości.
— Przepraszam
— do sali weszła szczupła brunetka, opalona w solarium — mogę
na chwilę pana prosić?
Znałam
ją. Chodziła do równoległej klasy i miała na imię Monika.
— Wybacz
na moment — rzekł Kulczycki, a następnie wyszedł z klasy.
Kiedy
tylko zniknął mi z oczu, wypuściłam z płuc powietrze i walnęłam
czołem o ławkę. Idiotka, idiotka, IDIOTKA! Jak ja mogłam
pomyśleć, że...? To znaczy, pomyśleć mogłam, ale powinnam tego
tak okazywać, do jasnej, ciasnej anielki! To były dopiero drugie
zajęcia, a ja już miałam dość. Chyba jednak powinnam była się
obawiać tych spotkań.
Pan
Robert wrócił i zachowywał się normalnie. Po prostu wziął do
ręki książkę i zaczął prowadzić lekcję. Rozwiązywał ze mną
zadanie, i tak jak poprzednio, krążył po sali, uważnie śledząc
moje postępy. I chociaż niby wszystko było normalnie, ja ciągle
nie mogłam dojść do siebie, a o skupieniu już w ogóle nie było
mowy. W moje głowie, cały czas siedziała para, szarych oczu.
— Odpowiedź
B? — wydusiłam, a mężczyzna stanął na środku sali, i spojrzał
na mnie marszcząc oczy.
— Pytasz
czy odpowiadasz?
Zacisnęłam
mocniej usta.
— Odpowiadam.
— Charlotte,
nie rozśmieszaj mnie — rzekł — przecież to jest proste
zadanie. Rozwiązywałaś o wiele trudniejsze. Skup się.
Huh...
łatwo było powiedzieć. Zebrałam w sobie wszystkie pozostałości
intelektualne, które zostawił mózg przed swoją emigracją i
jeszcze raz przeczytałam polecenie.
— C
— powiedziałam pewnie, a nauczyciel pokiwał twierdząco głową.
— Brawo
— znów się uśmiechnął.
W taki
sposób zajęcia wyglądały już do samego końca. Nie wydarzyło
się nic nadzwyczajnego i – na moje szczęście – nic, co
upokorzyłoby mnie do samego końca. Pan Robert i ja, wyszliśmy
razem ze szkoły, jednak za bramą nasze drogi się rozchodziły.
— To
do zobaczenia, Charlotte — powiedział, puszczając mi oczko. —
Miłego wieczoru. — Poklepał mnie po ramieniu, jak jakąś klacz,
odwrócił się i odszedł do samochodu.
— Do
widzenia — wydusiłam, chociaż wiedziałam, że nie mógł mnie
usłyszeć.
Potem
przypomniałam sobie o telefonie. Wyciągnęłam go i zaczęłam
przeszukiwać, jednak nie znalazłam nic podejrzanego. Aż naszła
mnie myśl, abym sprawdziła kontakty. I chociaż wydawało mi się
to mało prawdopodobne, zaczęłam śledzić całą listę, aż
natrafiłam na coś, przez co o mało nie zeszłam na zawał. W moim
telefonie widniał kontakt o nazwie ROBERT, i byłam przekonana, że
jeszcze dwie godziny wcześniej go tam nie było.
Kurwa
mać, pomyślałam.
On
zapisał mi swój numer!
_________________________
Maraton LOTTE w toku :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz