Nie,
nie, nie i nie! To niemożliwe, powtarzałam sobie w myślach, łażąc
w tą i z powrotem po moim zaśmieconym pokoju. Po prostu, ktoś mi
wykradł telefon, zapisał w kontakt o nazwie ROBERT i podrzucił,
kiedy siedziałam w kabinie szkolnej toalety. Przecież to
nieprawdopodobne, by Kulczycki zapisał mi swój numer! Po pierwsze:
po cholerę miałby to robić, po drugie: DLACZEGO ON ROZDAJE SWÓJ
PRYWATNY NUMER UCZNIOM?! Ale choćbym nie wiem, co wymyślała, to
wszystko mi mówiło, że profesor nie rozdaje kontaktu do siebie
byle komu. Z jakiegoś powodu mi go zapisał, ale nie zamierzałam
korzystać z tego... mhm... przywileju.
Opadłam
na łóżko i zrezygnowana spojrzałam w sufit. Co mi odbiło? Na
ostatnich zajęciach zachowałam się jak kompletna kretynka.
Podejrzałam, że nawet moja nienormalna matka, wyszłaby z takiej
sytuacji obronną ręką. Tylko ja mogłam być na tyle zdolna, by
pogrążyć się jak ostatni debil. Mój mózg nadal siedział na
wakacjach, i kiedy poprosiłam, żeby wrócił chociaż na chwilę,
to poprawił swoje okulary, popił kolorowego drinka i powiedział:
„no way, baby”. Czyli byłam zdana sama na siebie...
Tamtej
nocy ciężko było mi zasnąć, bo gdy tylko zamykałam oczy,
pojawiała się przed nimi twarz Kulczyckiego oraz jego numer
telefonu, widniejący w moim telefonie. Dlatego też, z samego rana,
wstałam niewyspana, rozczochrana, zła, i w ogóle, czułam się,
jak szmata do podłogi. Ubrałam, co mi w rękę wpadło (sweter,
który odsłaniał jedno moje ramię, rurki i trampki), włosy
związałam w wysokiego kucyka i zeszłam na dół, gdzie moja mama,
znów stała półnaga. Opierając ręce na biodrach, krytycznie
spoglądała na zestawy ubrań, które sobie przygotowała. Stanęłam
oboj niej i spojrzałam, co wybrała. Oczywiście, większość
ciuchów, należała do mnie, jak na przykład: śliwkowa bluzeczka
na ramiączkach, brązowy żakiet i czarne rurki.
— No
powiem ci, że masz dylemat — rzekłam z ironią — tym bardziej,
że to MOJE ubrania.
— Nie
ważne, że twoje, ważne, że kupione za moje — odpowiedziała i
uśmiechnęła się. — Nie wiem, co na siebie włożyć.
— Ubierz
białą bluzkę, moje rurki, żakiet, a do tego te kremowe czółenka,
które kupiłaś w Nowym Jorku. — Westchnęłam i przeszłam do
kuchni, aby wziąć z lodówki jogurt
— Jesteś
genialna! — zawołała do mnie mama.
— No
co ty nie powiesz? — mruknęłam sama do siebie i wróciłam do
pokoju.
Jak
codziennie, standardowo musiałam wyszukać plecak, który jakimś
cudem – i to naprawdę nie była moja wina – znalazł się w
łazience, potem książki zakopane w tonie ubrań, a na końcu
kurtkę, którą odnalazłam gdzieś pod moim łóżkiem. Następnie
się ubrałam i WYJĄTKOWO wyszłam z domu wcześniej, niż zwykle, a
to wszystko dlatego, że zamierzałam wstąpić do pobliskiego
marketu.
Z
powodu skompromitowania mojej skromnej osoby, potrzebowałam
solidnego pocieszenia – a obawiałam się, że Sara, w tej
sytuacji, zamiast mnie pocieszać, pokładałaby się ze śmiechu –
postanowiłam kupić sobie zastrzyk cukru na cały dzień. Wzięłam
z półki dwie czekolady, dwa batony, jakiś słodki sok, a kiedy
miałam iść do kasy, w oczy rzuciło mi się opakowanie Delicji.
Chwyciłam je, a następnie podeszłam do kasy, gdzie siedziała na
oko trzydziestoletnia brunetka z grzywką i prostokątnymi okularami
na nosie. Na jej lewej piersi, widniała plakietka z imieniem KINGA i
mniejszym napisem W CZYM MOGĘ POMÓC? Kobieta zeskanowała zakupy, a
kiedy opuściłam sklep, naszło mnie przeczucie, że umrę na
cukrzycę.
Do
szkoły dotarłam i tak spóźniona (było dwie minuty po dzwonku),
ale udało mi się dołączyć do reszty klasy, zanim przyszedł
nauczyciel. I oczywiście był nim Kulczycki, bo jak się okazało,
nauczyciel z fizyki z przyczyn rodzinnych nie pojawił się w pracy.
Pan Robert miał na sobie te same spodnie, co dnia poprzedniego,
jedynie zamiast czerwonej koszuli, pojawił się jasny t-shit z
nadrukiem i niebieska, rozpinana bluza z kapturem. Otworzył drzwi
klasy, ale zanim zdążyłam do niej wejść, chwycił mnie
delikatnie za ramię.
— Charlotte,
możemy porozmawiać? — zapytał.
Powstrzymałam
się przed powiedzeniem „spadaj, buraku na drzewo”, postarałam
się uspokoić przyspieszone bicie serca i poczekałam aż profesor
zamknie drzwi. Zostaliśmy zupełnie sami na pustym korytarzu.
— O
co chodzi? — zapytałam, siląc się na miły ton.
Nagle
zdałam sobie sprawę, że byłam cholernie zła na tego boskiego
Adonia, bo przez niego nie mogłam spać. A skoro nie mogłam spać,
to byłam niczym zombie.
— Wydaje
mi się, że wczoraj źle mnie zrozumiałaś — rzekł i z
zakłopotaniem przetarł dłonią swoje blond włosy. — Źle się
wczoraj wyraziłem.
Zmarszczyłam
lekko brwi.
— Nie
wiem, o co panu chodzi — powiedziałam. Udawanie, że wszystko było
w jak najlepszym porządku, to dobry pomysł, prawda?
— Mam
jednak wrażenie, że nie jesteś do mnie przekonana —
odpowiedział. — Chciałbym żebyś mi bardziej zaufała, wiem, że
to może mało przyjemne, mieć lekcje indywidualne, ale szkoda by
było tracić czas na coś, co świetnie umiesz.
Zaufała?!
Czy ten człowiek uderzył się czymś w głowę? A może się nie
wyspał i bredził bez ładu i składu?
— Nadal
nie rozumiem. — Tym razem zmarszczyłam czoło.
— Widzę,
że jesteś bardzo skrępowana na zajęciach. — Oblizał usta, a
mi, nie wiedzieć czemu, zaparło dech w piersiach.
Błagam,
myślałam. Wejdźmy już do tej sali.
— Chciałbym,
żebyś poczuła się swobodniej i lepiej skupiała się na
zajęciach.
— Dobra,
okej — wyrzuciłam szybko z siebie. — Może i byłam nieco
skrępowana i rozkojarzona, ale to nie ma nic wspólnego z panem. —
Uznałam, że najlepszym wyjściem i ucieczką z tej rozmowy, będzie
kłamstwo. — Po prostu mam trochę problemów, i...
— Jakich
problemów? — zainteresował się. — Masz jakieś kłopoty?
— Nie!
— zaprotestowałam szybko. Jeszcze tego mi brakowało, aby
Kulczycki uznał, że wpadłam w tarapaty. — Mam parę problemów
z... — urwałam, starając się szybko wymyślić jakąś bajeczkę
— z... z... z moim chłopakiem! O!
Brawo,
Charlotte! Będziesz się smażyć w piekle, myślałam.
— Ach
tak — rzekł zaskoczony profesor. — Mam nadzieję, że te
problemy nie kolidują zbytnio z twoją nauką.
— Nie,
naprawdę, nie. — Pokiwałam przecząco głową. — Wszystko jest
w porządku, to tylko przejściowe. Na następnych zajęciach
naprawdę będę się skupiać.
Sama
nie wierzyłam w to, co mówiłam. Przecież jasne było, że choćbym
nie wiem jak chciała, to i tak nie byłabym w stanie tego zrobić.
No chyba, że mój profesorek wyszedłby przez okno, w celu
prowadzenia zajęć z parapetu. Może wtedy, wiedząc, że ten
człowiek siedział za szybą, dodałaby mi pewności siebie.
Nauczyciel powiedział coś, co brzmiało jak „no w porządku”,
otworzył przede mną drzwi i weszliśmy do klasy. Od razu usiadłam
w przedostatniej ławce, obok Sary, która trzymając przed sobą
niewielkie lusterko, uważnie przyglądała się swoim oczom.
— Czego
to ciasteczko od ciebie chciało? — zapytała na wstępie, a ja
jęknęłam cicho.
Czy
całe moje życie, musiało się kręcić wokół Kulczyckiego?
— Rozmawialiśmy
o materiałach na zajęcia.
Mój
Boże, pomyślałam. Skłamałam dwa razy w przeciągu pięciu minut.
Byłam potworem!
— Ja
to bym sobie chętnie z nim pogadała. — Odłożyła lusterko do
torebki. — Ale o czymś milszym, niż zajęcia. — Puściła mi
oczko.
— To
jest nauczyciel — przypomniałam jej.
— No
to co? — Nie widziała nic złego w swoich słowach. — Nie marzył
ci się nigdy taki gorący romansik ze starszym, mega przystojnym
ciasteczkiem? Wrząca krew, namiętne uczucie...
— Znasz
się na uczuciach, jak daltonista na kolorach — wyrzuciłam z
siebie.
— Nie
muszę się znać, by wiedzieć, co się dzieje. — Spojrzała na
mnie znacząco. — Kulczycki zerka na ciebie co chwilę, a ty
udajesz, że tego nie widzisz. Ale prędzej, czy później, wyjdzie
mydło z worka, i wtedy się zdziwisz.
— Mówi
się: szydło z worka — poprawiłam Sarę, a ta kiwnęła
lekceważąco ręką.
— Whatever
— mruknęła. — Ale jeszcze sobie przypomnisz moje słowa.
Lekcja
leciała powoli i mozolnie. Kilka osób z klasy, próbowało
przekonać nauczyciela, by zrobić wolną godzinę, bo w końcu
przyszedł na zastępstwo, jednak się nie zgodził. Zaczął
prowadzić normalną lekcję angielskiego, na której większość z
nas przysypiała. Jedynie sam Kulczycki wydawał się dziwnie
energiczny i radosny.
Zgodnie
z tym, co mówił na rozmowie z moją mamą, otrzymałam test, który
musiałam rozwiązać, natomiast mężczyzna, w tym czasie, zajmował
się resztą klasy. Moja przyjaciółka, zamiast skupić się na
lekcji, bezczelnie wyjęła lakier do paznokci, i zaczęła sobie
upiększać pazury, a chłopcy za nami rozmawiali o jakichś
samochodach.
— Sara
Głogowska.
Usłyszałam
nagle głos nauczyciela. Moja przyjaciółka spojrzała na mężczyznę
i podmuchała paznokcie, aby przyspieszyć schnięcie lakieru.
— Odpowiedz
na pytanie.
— Tak,
według mnie, wygląda pan zabójczo — odpowiedziała uśmiechając
się uwodzicielsko.
Profesor
zmrużył oczy i wcisnął ręce do kieszeni spodni. Ilona natomiast,
posłała blondynce mordercze spojrzenie. Ja z kolei, zapragnęłam
walnąć głową w ścianę.
— Rozumiem,
że mam ci wystawić ocenę niedostateczną za nieuważanie na
lekcji, a ponadto, wysłać cię do dyrektora? — powiedział ostro,
a Sara wzruszyła ramionami.
— Nic
nie zrobiłam. — Zarzuciła swoimi włosami.
— Właśnie,
młoda damo. — Podszedł bliżej ławki. — Nie robisz nic, poza
malowaniem rączek. Moje lekcje, to nie salon piękności. Jeżeli ci
się nudzi, to zapraszam na korytarz. Tam będziesz mogła się
malować do woli.
— No
już, już — mruknęła i zakręciła lakier. — Niech pan nie
będzie taki wrażliwy.
Moja
przyjaciółka chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, że pakowała
się w kłopoty, więc kopnęłam ją pod ławką, a dziewczyna
syknęła z bólu.
— Sara
miała ciężki poranek — powiedziałam. — Wie pan, najpierw
musiała walczyć z kołdrą, żeby ją wypuściła z łóżka, a
kiedy już udało jej się zwlec, to buty całkowicie nie chciały
nigdzie iść. Tak więc, niech pan jej wybaczy to zachowanie, bo po
prostu Sara, nadal przechodzi traumę, po niedawnej walce z kozakami.
Cała
klasa wybuchła śmiechem, a profesor Kulczycki, uśmiechnął się
lekko.
— No
cóż, skoro Sara przeżyła taki horror, to chyba nie mam wyboru.
Odpuszczę.
Jakoś
tak instynktownie wyczułam, że powstrzymywał się od uśmiechu.
— Ale
to będzie pierwszy i ostatni raz — zagroził.
Wrócił
na swoje miejsce za biurko i dopiero tam pozwolił sobie na uśmiech
i lekkie pokiwanie głową.
— Dzięki
— szepnęła do mnie Sara.
— Spoko.
Odpłacisz w naturze.
W
odpowiedzi, dźgnęła mnie łokciem w żebra.
SARA
Był wieczór, a Sara siedziała na swoim łóżku,
trzymając laptopa na kolanach i czytała niezwykle interesujący
artykuł medyczny, o dzieciach, urodzonych z upośledzeniem
umysłowym. Była tak zaczytana, że nawet nie zauważyła, jak do
jej pokoju wszedł Artur. Chłopak najpierw spojrzał niepewnie na
dziewczynę, a potem odważył się podejść do jej łóżka i
usiąść na samym brzegu. Blondynka rzuciła mu krótkie, chłodne
spojrzenie, i wróciła do czytania, zupełnie ignorując
przyszywanego brata.
— Pogadamy? — zapytał, a Sara prychnęła głośno.
— Nie mamy o czym – odpowiedziała.
— Nie zajmę ci dużo czasu.
Westchnęła, zamknęła laptop, po czym odłożyła go
na bok.
— No słucham — powiedziała ze złością.
— Powiesz mi, o co ten cały cyrk? — Oparł łokcie
o uda. — Rozumiem, że mnie nie lubisz, ale nigdy nic ci nie
zrobiłem. Nie zabrałem ci niczego, co do ciebie należy, nie
wpychałem się na siłę do twojej rodziny.
— Łał, serio? — zapytała z ironią i założyła
ręce na piersi.
— Sara, zrozum, że to nie jest moja wina. —
Przymknął na chwilę oczy, a gdy je otworzył, były pełne bólu.
— Nie jestem winny śmierci moich rodziców, ani tego, że twoi
rodzice zdecydowali się mnie do siebie zabrać i wychowywać, jak
własnego syna.
— Nie mi powinieneś to mówić, tylko im — syknęła.
Zupełnie nie miała ochoty na tę rozmowę.
— Uwielbiam Melkę i Aśkę — kontynuował — lubię
cię, Sara, ale nie możesz mi mówić, że jestem gwałcicielem.
Uwadze dziewczyny nie umknął fakt, że brunet zacisnął
pięści.
— Nie możesz mnie oskarżać o coś, czego nie
zrobiłem i nigdy bym nie zrobił, zwłaszcza tobie. Ty, twoje
siostry i rodzice jesteście moją jedyną rodziną. Innej nie mam i
nie będę miał. Dlatego nie możesz mi mówić, że chciałem cię
zgwałcić, skoro nie chciałem.
Blondynka zauważyła, że po policzku Artura potoczyła
się jedna, samotna łza. Nie patrzył na nią, jednak zauważyła tą
chwilę słabości, którą bardzo szybko starł dłonią.
— Nie chciałem cię nachodzić w momencie, w którym
się przebierałaś — mówił dalej — gdybym wiedział, nie
wszedłbym tutaj. Masz rację, powinienem pukać i przepraszam, że
tego nie zrobiłem. Przepraszam z całego serca i proszę, abyś
chociaż spróbowała mnie tolerować. Jesteś dla mnie bardzo ważna
i nigdy nie dopuściłbym do tego, by stała ci się krzywda. Wiedz,
że zawsze możesz na mnie liczyć i przyjść o każdej porze dnia i
nocy. Ja nigdy cię odrzucę i nie wygonię. Nie ciebie, Sara.
— Próbujesz wzbudzić we mnie litość? —
powiedziała niby groźnie, ale niepewnie. Robiła wszystko, by nie
pokazać, jak bardzo poruszyły ją słowa Artura.
— Nie chcę twojej litości — odpowiedział. — Nie
chcę niczyjej litości. Zależy mi na tym, abyś wiedziała, że
naprawdę cię przepraszam, i jakby co, to jestem.
— Dobra, powiedziałeś, co chciałeś, a teraz
wynocha — warknęła, chociaż przyszło jej to z niemałym trudem.
Chłopak siedział jeszcze przez krótką chwilę, a
potem powoli się podniósł.
— Ogłuchłeś?! — zawołała. — Wynoś się! —
Wskazała ręką drzwi.
Artur zacisnął usta.
— Jak sobie życzysz, księżniczko — niemal szepnął
i wycofał się z pokoju.
Sara czuła niewyobrażalny ból w klatce piersiowej. I
nie był to ból fizyczny, bo takowy jeszcze by zniosła. Jej serce
dosłownie pękło na mnóstwo małych kawałeczków i zaczęła się
zastanawiać, jak to możliwe, że jeszcze biło. Ostatni raz czuła
takie cierpienie, kilka miesięcy wcześniej, kiedy zorientowała
się, że Artur nie jest, nie był i nigdy nie będzie jej bratem.
Tego wieczoru czuła ból, bo zrozumiała, że wszystko, co robiła
było cholernym błędem. Agresją wypierała to, co było oczywiste.
Atakiem odpierała dobroć, uczciwość i szlachetność chłopaka. I
chociaż nie chciała poddawać się walce, jaka toczyła się w jej
wnętrzu, to czuła, że opadała z sił i przegrywała tę wojnę. Z
własnymi emocjami, uczuciami i pragnieniami...
____________________
Maraton LOTTE w toku :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz