niedziela, 12 lutego 2023

LOTTE - Rozdział 7

 
Nie, nie, nie i nie! To niemożliwe, powtarzałam sobie w myślach, łażąc w tą i z powrotem po moim zaśmieconym pokoju. Po prostu, ktoś mi wykradł telefon, zapisał w kontakt o nazwie ROBERT i podrzucił, kiedy siedziałam w kabinie szkolnej toalety. Przecież to nieprawdopodobne, by Kulczycki zapisał mi swój numer! Po pierwsze: po cholerę miałby to robić, po drugie: DLACZEGO ON ROZDAJE SWÓJ PRYWATNY NUMER UCZNIOM?! Ale choćbym nie wiem, co wymyślała, to wszystko mi mówiło, że profesor nie rozdaje kontaktu do siebie byle komu. Z jakiegoś powodu mi go zapisał, ale nie zamierzałam korzystać z tego... mhm... przywileju.
Opadłam na łóżko i zrezygnowana spojrzałam w sufit. Co mi odbiło? Na ostatnich zajęciach zachowałam się jak kompletna kretynka. Podejrzałam, że nawet moja nienormalna matka, wyszłaby z takiej sytuacji obronną ręką. Tylko ja mogłam być na tyle zdolna, by pogrążyć się jak ostatni debil. Mój mózg nadal siedział na wakacjach, i kiedy poprosiłam, żeby wrócił chociaż na chwilę, to poprawił swoje okulary, popił kolorowego drinka i powiedział: „no way, baby”. Czyli byłam zdana sama na siebie...
Tamtej nocy ciężko było mi zasnąć, bo gdy tylko zamykałam oczy, pojawiała się przed nimi twarz Kulczyckiego oraz jego numer telefonu, widniejący w moim telefonie. Dlatego też, z samego rana, wstałam niewyspana, rozczochrana, zła, i w ogóle, czułam się, jak szmata do podłogi. Ubrałam, co mi w rękę wpadło (sweter, który odsłaniał jedno moje ramię, rurki i trampki), włosy związałam w wysokiego kucyka i zeszłam na dół, gdzie moja mama, znów stała półnaga. Opierając ręce na biodrach, krytycznie spoglądała na zestawy ubrań, które sobie przygotowała. Stanęłam oboj niej i spojrzałam, co wybrała. Oczywiście, większość ciuchów, należała do mnie, jak na przykład: śliwkowa bluzeczka na ramiączkach, brązowy żakiet i czarne rurki.
No powiem ci, że masz dylemat — rzekłam z ironią — tym bardziej, że to MOJE ubrania.
Nie ważne, że twoje, ważne, że kupione za moje — odpowiedziała i uśmiechnęła się. — Nie wiem, co na siebie włożyć.
Ubierz białą bluzkę, moje rurki, żakiet, a do tego te kremowe czółenka, które kupiłaś w Nowym Jorku. — Westchnęłam i przeszłam do kuchni, aby wziąć z lodówki jogurt
Jesteś genialna! — zawołała do mnie mama.
No co ty nie powiesz? — mruknęłam sama do siebie i wróciłam do pokoju.
Jak codziennie, standardowo musiałam wyszukać plecak, który jakimś cudem – i to naprawdę nie była moja wina – znalazł się w łazience, potem książki zakopane w tonie ubrań, a na końcu kurtkę, którą odnalazłam gdzieś pod moim łóżkiem. Następnie się ubrałam i WYJĄTKOWO wyszłam z domu wcześniej, niż zwykle, a to wszystko dlatego, że zamierzałam wstąpić do pobliskiego marketu.
Z powodu skompromitowania mojej skromnej osoby, potrzebowałam solidnego pocieszenia – a obawiałam się, że Sara, w tej sytuacji, zamiast mnie pocieszać, pokładałaby się ze śmiechu – postanowiłam kupić sobie zastrzyk cukru na cały dzień. Wzięłam z półki dwie czekolady, dwa batony, jakiś słodki sok, a kiedy miałam iść do kasy, w oczy rzuciło mi się opakowanie Delicji. Chwyciłam je, a następnie podeszłam do kasy, gdzie siedziała na oko trzydziestoletnia brunetka z grzywką i prostokątnymi okularami na nosie. Na jej lewej piersi, widniała plakietka z imieniem KINGA i mniejszym napisem W CZYM MOGĘ POMÓC? Kobieta zeskanowała zakupy, a kiedy opuściłam sklep, naszło mnie przeczucie, że umrę na cukrzycę.
Do szkoły dotarłam i tak spóźniona (było dwie minuty po dzwonku), ale udało mi się dołączyć do reszty klasy, zanim przyszedł nauczyciel. I oczywiście był nim Kulczycki, bo jak się okazało, nauczyciel z fizyki z przyczyn rodzinnych nie pojawił się w pracy. Pan Robert miał na sobie te same spodnie, co dnia poprzedniego, jedynie zamiast czerwonej koszuli, pojawił się jasny t-shit z nadrukiem i niebieska, rozpinana bluza z kapturem. Otworzył drzwi klasy, ale zanim zdążyłam do niej wejść, chwycił mnie delikatnie za ramię.
Charlotte, możemy porozmawiać? — zapytał.
Powstrzymałam się przed powiedzeniem „spadaj, buraku na drzewo”, postarałam się uspokoić przyspieszone bicie serca i poczekałam aż profesor zamknie drzwi. Zostaliśmy zupełnie sami na pustym korytarzu.
O co chodzi? — zapytałam, siląc się na miły ton.
Nagle zdałam sobie sprawę, że byłam cholernie zła na tego boskiego Adonia, bo przez niego nie mogłam spać. A skoro nie mogłam spać, to byłam niczym zombie.
Wydaje mi się, że wczoraj źle mnie zrozumiałaś — rzekł i z zakłopotaniem przetarł dłonią swoje blond włosy. — Źle się wczoraj wyraziłem.
Zmarszczyłam lekko brwi.
Nie wiem, o co panu chodzi — powiedziałam. Udawanie, że wszystko było w jak najlepszym porządku, to dobry pomysł, prawda?
Mam jednak wrażenie, że nie jesteś do mnie przekonana — odpowiedział. — Chciałbym żebyś mi bardziej zaufała, wiem, że to może mało przyjemne, mieć lekcje indywidualne, ale szkoda by było tracić czas na coś, co świetnie umiesz.
Zaufała?! Czy ten człowiek uderzył się czymś w głowę? A może się nie wyspał i bredził bez ładu i składu?
Nadal nie rozumiem. — Tym razem zmarszczyłam czoło.
Widzę, że jesteś bardzo skrępowana na zajęciach. — Oblizał usta, a mi, nie wiedzieć czemu, zaparło dech w piersiach.
Błagam, myślałam. Wejdźmy już do tej sali.
Chciałbym, żebyś poczuła się swobodniej i lepiej skupiała się na zajęciach.
Dobra, okej — wyrzuciłam szybko z siebie. — Może i byłam nieco skrępowana i rozkojarzona, ale to nie ma nic wspólnego z panem. — Uznałam, że najlepszym wyjściem i ucieczką z tej rozmowy, będzie kłamstwo. — Po prostu mam trochę problemów, i...
Jakich problemów? — zainteresował się. — Masz jakieś kłopoty?
Nie! — zaprotestowałam szybko. Jeszcze tego mi brakowało, aby Kulczycki uznał, że wpadłam w tarapaty. — Mam parę problemów z... — urwałam, starając się szybko wymyślić jakąś bajeczkę — z... z... z moim chłopakiem! O!
Brawo, Charlotte! Będziesz się smażyć w piekle, myślałam.
Ach tak — rzekł zaskoczony profesor. — Mam nadzieję, że te problemy nie kolidują zbytnio z twoją nauką.
Nie, naprawdę, nie. — Pokiwałam przecząco głową. — Wszystko jest w porządku, to tylko przejściowe. Na następnych zajęciach naprawdę będę się skupiać.
Sama nie wierzyłam w to, co mówiłam. Przecież jasne było, że choćbym nie wiem jak chciała, to i tak nie byłabym w stanie tego zrobić. No chyba, że mój profesorek wyszedłby przez okno, w celu prowadzenia zajęć z parapetu. Może wtedy, wiedząc, że ten człowiek siedział za szybą, dodałaby mi pewności siebie. Nauczyciel powiedział coś, co brzmiało jak „no w porządku”, otworzył przede mną drzwi i weszliśmy do klasy. Od razu usiadłam w przedostatniej ławce, obok Sary, która trzymając przed sobą niewielkie lusterko, uważnie przyglądała się swoim oczom.
Czego to ciasteczko od ciebie chciało? — zapytała na wstępie, a ja jęknęłam cicho.
Czy całe moje życie, musiało się kręcić wokół Kulczyckiego?
Rozmawialiśmy o materiałach na zajęcia.
Mój Boże, pomyślałam. Skłamałam dwa razy w przeciągu pięciu minut. Byłam potworem!
Ja to bym sobie chętnie z nim pogadała. — Odłożyła lusterko do torebki. — Ale o czymś milszym, niż zajęcia. — Puściła mi oczko.
To jest nauczyciel — przypomniałam jej.
No to co? — Nie widziała nic złego w swoich słowach. — Nie marzył ci się nigdy taki gorący romansik ze starszym, mega przystojnym ciasteczkiem? Wrząca krew, namiętne uczucie...
Znasz się na uczuciach, jak daltonista na kolorach — wyrzuciłam z siebie.
Nie muszę się znać, by wiedzieć, co się dzieje. — Spojrzała na mnie znacząco. — Kulczycki zerka na ciebie co chwilę, a ty udajesz, że tego nie widzisz. Ale prędzej, czy później, wyjdzie mydło z worka, i wtedy się zdziwisz.
Mówi się: szydło z worka — poprawiłam Sarę, a ta kiwnęła lekceważąco ręką.
Whatever — mruknęła. — Ale jeszcze sobie przypomnisz moje słowa.
Lekcja leciała powoli i mozolnie. Kilka osób z klasy, próbowało przekonać nauczyciela, by zrobić wolną godzinę, bo w końcu przyszedł na zastępstwo, jednak się nie zgodził. Zaczął prowadzić normalną lekcję angielskiego, na której większość z nas przysypiała. Jedynie sam Kulczycki wydawał się dziwnie energiczny i radosny.
Zgodnie z tym, co mówił na rozmowie z moją mamą, otrzymałam test, który musiałam rozwiązać, natomiast mężczyzna, w tym czasie, zajmował się resztą klasy. Moja przyjaciółka, zamiast skupić się na lekcji, bezczelnie wyjęła lakier do paznokci, i zaczęła sobie upiększać pazury, a chłopcy za nami rozmawiali o jakichś samochodach.
Sara Głogowska.
Usłyszałam nagle głos nauczyciela. Moja przyjaciółka spojrzała na mężczyznę i podmuchała paznokcie, aby przyspieszyć schnięcie lakieru.
Odpowiedz na pytanie.
Tak, według mnie, wygląda pan zabójczo — odpowiedziała uśmiechając się uwodzicielsko.
Profesor zmrużył oczy i wcisnął ręce do kieszeni spodni. Ilona natomiast, posłała blondynce mordercze spojrzenie. Ja z kolei, zapragnęłam walnąć głową w ścianę.
Rozumiem, że mam ci wystawić ocenę niedostateczną za nieuważanie na lekcji, a ponadto, wysłać cię do dyrektora? — powiedział ostro, a Sara wzruszyła ramionami.
Nic nie zrobiłam. — Zarzuciła swoimi włosami.
Właśnie, młoda damo. — Podszedł bliżej ławki. — Nie robisz nic, poza malowaniem rączek. Moje lekcje, to nie salon piękności. Jeżeli ci się nudzi, to zapraszam na korytarz. Tam będziesz mogła się malować do woli.
No już, już — mruknęła i zakręciła lakier. — Niech pan nie będzie taki wrażliwy.
Moja przyjaciółka chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, że pakowała się w kłopoty, więc kopnęłam ją pod ławką, a dziewczyna syknęła z bólu.
Sara miała ciężki poranek — powiedziałam. — Wie pan, najpierw musiała walczyć z kołdrą, żeby ją wypuściła z łóżka, a kiedy już udało jej się zwlec, to buty całkowicie nie chciały nigdzie iść. Tak więc, niech pan jej wybaczy to zachowanie, bo po prostu Sara, nadal przechodzi traumę, po niedawnej walce z kozakami.
Cała klasa wybuchła śmiechem, a profesor Kulczycki, uśmiechnął się lekko.
No cóż, skoro Sara przeżyła taki horror, to chyba nie mam wyboru. Odpuszczę.
Jakoś tak instynktownie wyczułam, że powstrzymywał się od uśmiechu.
Ale to będzie pierwszy i ostatni raz — zagroził.
Wrócił na swoje miejsce za biurko i dopiero tam pozwolił sobie na uśmiech i lekkie pokiwanie głową.
Dzięki — szepnęła do mnie Sara.
Spoko. Odpłacisz w naturze.
W odpowiedzi, dźgnęła mnie łokciem w żebra.

SARA
Był wieczór, a Sara siedziała na swoim łóżku, trzymając laptopa na kolanach i czytała niezwykle interesujący artykuł medyczny, o dzieciach, urodzonych z upośledzeniem umysłowym. Była tak zaczytana, że nawet nie zauważyła, jak do jej pokoju wszedł Artur. Chłopak najpierw spojrzał niepewnie na dziewczynę, a potem odważył się podejść do jej łóżka i usiąść na samym brzegu. Blondynka rzuciła mu krótkie, chłodne spojrzenie, i wróciła do czytania, zupełnie ignorując przyszywanego brata.
Pogadamy? — zapytał, a Sara prychnęła głośno.
Nie mamy o czym – odpowiedziała.
Nie zajmę ci dużo czasu.
Westchnęła, zamknęła laptop, po czym odłożyła go na bok.
No słucham — powiedziała ze złością.
Powiesz mi, o co ten cały cyrk? — Oparł łokcie o uda. — Rozumiem, że mnie nie lubisz, ale nigdy nic ci nie zrobiłem. Nie zabrałem ci niczego, co do ciebie należy, nie wpychałem się na siłę do twojej rodziny.
Łał, serio? — zapytała z ironią i założyła ręce na piersi.
Sara, zrozum, że to nie jest moja wina. — Przymknął na chwilę oczy, a gdy je otworzył, były pełne bólu. — Nie jestem winny śmierci moich rodziców, ani tego, że twoi rodzice zdecydowali się mnie do siebie zabrać i wychowywać, jak własnego syna.
Nie mi powinieneś to mówić, tylko im — syknęła. Zupełnie nie miała ochoty na tę rozmowę.
Uwielbiam Melkę i Aśkę — kontynuował — lubię cię, Sara, ale nie możesz mi mówić, że jestem gwałcicielem.
Uwadze dziewczyny nie umknął fakt, że brunet zacisnął pięści.
Nie możesz mnie oskarżać o coś, czego nie zrobiłem i nigdy bym nie zrobił, zwłaszcza tobie. Ty, twoje siostry i rodzice jesteście moją jedyną rodziną. Innej nie mam i nie będę miał. Dlatego nie możesz mi mówić, że chciałem cię zgwałcić, skoro nie chciałem.
Blondynka zauważyła, że po policzku Artura potoczyła się jedna, samotna łza. Nie patrzył na nią, jednak zauważyła tą chwilę słabości, którą bardzo szybko starł dłonią.
Nie chciałem cię nachodzić w momencie, w którym się przebierałaś — mówił dalej — gdybym wiedział, nie wszedłbym tutaj. Masz rację, powinienem pukać i przepraszam, że tego nie zrobiłem. Przepraszam z całego serca i proszę, abyś chociaż spróbowała mnie tolerować. Jesteś dla mnie bardzo ważna i nigdy nie dopuściłbym do tego, by stała ci się krzywda. Wiedz, że zawsze możesz na mnie liczyć i przyjść o każdej porze dnia i nocy. Ja nigdy cię odrzucę i nie wygonię. Nie ciebie, Sara.
Próbujesz wzbudzić we mnie litość? — powiedziała niby groźnie, ale niepewnie. Robiła wszystko, by nie pokazać, jak bardzo poruszyły ją słowa Artura.
Nie chcę twojej litości — odpowiedział. — Nie chcę niczyjej litości. Zależy mi na tym, abyś wiedziała, że naprawdę cię przepraszam, i jakby co, to jestem.
Dobra, powiedziałeś, co chciałeś, a teraz wynocha — warknęła, chociaż przyszło jej to z niemałym trudem.
Chłopak siedział jeszcze przez krótką chwilę, a potem powoli się podniósł.
Ogłuchłeś?! — zawołała. — Wynoś się! — Wskazała ręką drzwi.
Artur zacisnął usta.
Jak sobie życzysz, księżniczko — niemal szepnął i wycofał się z pokoju.
Sara czuła niewyobrażalny ból w klatce piersiowej. I nie był to ból fizyczny, bo takowy jeszcze by zniosła. Jej serce dosłownie pękło na mnóstwo małych kawałeczków i zaczęła się zastanawiać, jak to możliwe, że jeszcze biło. Ostatni raz czuła takie cierpienie, kilka miesięcy wcześniej, kiedy zorientowała się, że Artur nie jest, nie był i nigdy nie będzie jej bratem. Tego wieczoru czuła ból, bo zrozumiała, że wszystko, co robiła było cholernym błędem. Agresją wypierała to, co było oczywiste. Atakiem odpierała dobroć, uczciwość i szlachetność chłopaka. I chociaż nie chciała poddawać się walce, jaka toczyła się w jej wnętrzu, to czuła, że opadała z sił i przegrywała tę wojnę. Z własnymi emocjami, uczuciami i pragnieniami...

____________________

Maraton LOTTE w toku :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz