niedziela, 12 lutego 2023

LOTTE - Rozdział 8

Niektórzy doskonale wiedzą, jak to jest być dzieckiem rozwodników. Jest się przerzucanym z domu, do domu. Jeden z rodziców próbuje cię nastawić przeciwko temu drugiemu, wiecznie ktoś ma do siebie pretensje, a dziecko stoi pośrodku tego wszystkiego, i nie bardzo wie, co ma robić. Dlatego ja, bardzo się cieszyłam, że nas i ojca dzieliło tysiące kilometrów. Dzięki temu omijały mnie wszystkie, tego typu atrakcje. Nie żebym coś do niego miała, jednak kiedy dano mi wybór, skorzystałam z niego i zadeklarowałam chęć bycia z mamą. Życia z moim ojcem, bez Teresy, nie umiałam sobie wyobrazić, więc nikt się nie dziwił, kiedy zadecydowałam, że wyjeżdżam wraz z mamą.
Mój tata, James Bright w niczym nie przypominał byłej żony. Tak naprawdę, z czystym sumieniem, można go było nazwać sztywniakiem, który cały swój wolny czas, spędzałby na fotelu przed telewizorem, okryty szlafrokiem i z ciepłymi bamboszkami na nogach. Czasami zastanawiałam się, jak to możliwe, że taka kobiet jak moja matka, wyszła za mąż za takiego człowieka. Tata nigdy nie lubił wychodzić z domu, aby się trochę rozerwać i odetchnąć od codziennej rutyny. Mama natomiast, kochała odwiedzać restauracje, modne puby i relaksować się w gronie przyjaciół, spędzając sobotnie wieczory w drogich klubach. Bardzo często miewałam wrażenie, że ojciec nie potrafił dotrzymać mamie kroku. Ona była szalona, miała milion pomysłów na minutę i zachowywała się jak nastolatka. On to raczej ten stary gbur, który na wszystko patrzył krzywym okiem i nie akceptował swojego otoczenia – a zwłaszcza mnie.
To nieprawdopodobne, ale kiedy mieszkaliśmy jeszcze razem, to z ojcem nie rozmawiałam prawie wcale. Nasze konwersacje składały się z pojedynczych słów i dotyczyły strasznie błahych spraw dlatego też nie miałam zbytniego problemu z rozwodem rodziców.
Spadło to na mnie nagle, niczym kupa gołębia, ale przyjęłam ten fakt ze spokojem. Jedyne, co ciężko było mi zrozumieć i zaakceptować, to fakt, że tata związał się z Camilą – starszą od niego samego niemal o dziesięć lat. Nie, nie miałam nic przeciwko związkom z dużą różnicą wieku. Uważałam, że takie relacje miały szansę przetrwać i dawać ludziom pełnię szczęścia. Tylko nie pojmowałam, jak ojciec mógł zostawić MOJĄ MATKĘ, dla kobiety, która ukończyła pięćdziesiąt lat. Przecież to było tak, jakby wymienić nowy samochód prosto z salonu na stary gruchot, nadający się tylko na złom.
Jeżeli chodzi o zajęcia indywidualne... minęły dwa tygodnie, w trakcie których nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Lekcje wyglądały tak, jak wyglądać powinny, a pan Robert zachowywał się normalnie. Nadal wydawało mi się, że zerkał na mnie częściej niż powinien, a podczas ostatnich lekcji przyłapałam go, jak bezczelnie się na mnie gapił – to jednak wszystko inne było zupełnie w porządku. Kulczycki, nawet na jednej z lekcji, którą miałam wraz zresztą klasy, wygłosił krótkie przemówienie na temat komentarzy, rzucanych przez moje koleżanki. Jasno wyraził, że nie życzył sobie takiego traktowania oraz takich uwag, ponieważ było to wysoce niestosowne. Od tamtej pory, wszystkie wciąż komentowały nauczyciela, jednak tak, by tego nie słyszał.
Całe sobotnie przedpołudnie spędziłam z Sarą, ponieważ obudziła mnie z samego rana i godzinę ględziła przez telefon, że koniecznie musimy iść na zakupy. Najgorsze w tym wszystkim było to, że podobnie do młodszych sióstr, moja przyjaciółka nie tolerowała słowa „nie” i prawdopodobnie całkowicie usunęła je ze swojego słownika. Dlatego po ciężkiej walce z samą sobą, zwlekłam się z łóżka i poszłam z nią na podbój galerii handlowej, gdzie nakupowała całą masę niepotrzebnych rzeczy. W efekcie, na powrocie zadzwoniła po Artura, który musiał po Sarę przyjechać, ponieważ taszczenie takiej góry toreb graniczyło niemal z cudem. Jedyny plus z tego całego wypadu był taki, że Artur podrzucił mnie do domu i nie musiałam wracać pieszo, męcząc przy tym moje piękne nóżki.
Zdziwiłam się, kiedy po powrocie, zastałam mamę, siedzącą na sofie w salonie.
Dobrze, że jesteś – powiedziała, patrząc na swój laptop, stojący na stoliku do kawy. – Tata chce z tobą porozmawiać.
Najpierw opadła mi szczęka i zaczęłam się rozglądać dookoła, ale niczego nie zauważyłam. Później doszłam do wniosku, że Teresa Bright oszalała.
Uderzyłaś się w głowę? – zapytałam, a mama wskazała głową laptop.
Dopiero wtedy zauważyłam, że na monitorze, widniała twarz ojca. James Bright to wysoki brunet z prostokątnymi okularami na dużym nosie. Miał piwne oczy, zmarszczki wokół oczu oraz przy kącikach ust i uśmiechał się do mnie przyjaźnie. Zupełnie zdumiona usiadłam na sofie obok mamy.
Cześć Charlotte – powiedział po polsku, czym zdziwił mnie jeszcze bardziej.
Zazwyczaj posługiwał się językiem angielskim.
Cześć – odpowiedziałam niepewnie.
Co u ciebie słychać? Jak się masz?
Zamrugałam i spojrzałam na mamę. Ta tylko wzruszyła ramionami.
W porządku – odpowiedziałam i zaczęłam ściągać z siebie kurtkę. – A u ciebie?
Też w porządku – odpowiedział i uśmiechnął się. – Firma świetnie prosperuje, niedługo zamierzamy z Camilą kupić większe mieszkanie.
Ee... aha. – Znów zerknęłam na mamę. Westchnęła, wstała i bez słowa wyszła z salonu, znikając za drzwiami swojej sypialni.
Powiedziałem coś nie tak? – zapytał ojciec.
No cóż... nie odzywałeś się przez pół roku. – Zmarszczyłam czoło.
Wiem, Charlotte, ale miałem naprawdę wiele obowiązków. – Poruszył się w monitorze, tak jakby poprawiał się na fotelu, czy na czym tam siedział. – Jak sobie radzicie?
Świetnie. – Uśmiechnęłam się szeroko. – Ja chodzę do szkoły, mama jest dziekanem i naprawdę świetnie sobie radzimy.
Słyszałem, że masz jakieś indywidualne zajęcia? Masz problemy z nauką?
Nie! – zawołałam szybko. – To zajęcia z angielskiego. Umiem więcej niż moi rówieśnicy, więc mam trudniejszy program nauczania.
Mogłaś zostać w Stanach – rzekł. – Nie musiałabyś mieć żadnych nadprogramowych zajęć.
Szczerze to nie wyobrażałam sobie mieszkania w USA. Już nie. Moje życie toczyło się w Polsce.
Dobrze mi tutaj – powiedziałam.
A wagary? – Uniósł jedną brew do góry. – Dzwoniłem do twojej szkoły i wiem, że wiecznie się spóźniasz na lekcje, a kilka tygodni temu uciekłaś w trakcie zajęć.
To nie było tak – odpowiedziałam mu szybko – brat mojej przyjaciółki zaginął i...
Charlotte, nauka powinna być dla ciebie najważniejsza – przerwał mi i poprawił swoje okulary. – Przyjaciółka sama sobie poradzi, ty masz się zająć swoimi obowiązkami. Już mówiłem mamie, że jeżeli nie potrafi cię dopilnować, to powinnaś wrócić do Stanów.
Oszalałeś?! – zawołałam. – Mama świetnie sobie radzi. Prosiłam ją nawet żeby mi usprawiedliwiła te godziny, ale się nie zgodziła. Powiedziała, że skoro uciekłam, to nie będzie za mnie nadstawiać karku. A ty odzywasz się po sześciu miesiącach i śmiesz mi mówić, gdzie mam mieszkać?! — Nie mogłam pozwolić, by ktoś mi mówił, że mama sobie nie radziła i lepiej by było, gdybym mieszkała za granicą.
Zmień ton, młoda damo – rzekł ostro. – Nie zapominaj z kim rozmawiasz.
No z kim?! – rzuciłam ze złością. – Rozmawiam z człowiekiem, który mnie spłodził i nic więcej. Nie będziesz mi mówił co mam robić i jak. Nie będziesz mi też dyktował, gdzie powinnam mieszkać, bo nie masz takiego prawa!
Jestem twoim ojcem i mam do ciebie większe prawa, niż myślisz – warknął, czerwieniejąc na twarzy.
Jesteś tylko ojcem na papierku – wycedziłam przez zęby. – Mogłeś o mnie decydować, kiedy mieszkałeś z nami, a teraz nie będziesz mi nic dyktował. Życie możesz układać tej swojej starej babie!
Charlotte! – zawołał ojciec, ale ja go nie słuchałam.
Zamknęłam laptop i opadłam na oparcie sofy. Jak on śmiał? Odezwał się po pół roku i wmawiał, że mama nie dawała sobie rady? Bredził, że niby lepiej by mi było u niego? A co on o mnie wiedział? Nic! To mama zawsze przy mnie była! On wiecznie zajmował się firmą, miał w dupie nas obie, i nagle obudził się „ojciec na medal”. Chciał żebym z nim zamieszkała? Niedoczekanie. Prędzej zaczęłabym bytować na dworcu centralnym albo w kartonie po telewizorze, ale do USA nie zamierzałam wracać.
Podniosłam się z kanapy i poszłam zajrzeć do mamy. Stała odwrócona do mnie tyłem i patrzyła na coś za oknem.
To idiota, mamo – powiedziałam.
Kobieta odwróciła się w moją stronę.
Pójdziesz na zakupy? – zapytała. Miała dziwny wyraz twarzy, ale nie umiałam określić, co on dokładnie oznaczał. – Lista i pieniądze są w kuchni.
No... – zająkałam się – no okej. – Wyszłam z pokoju nieco zaniepokojona emocjonalnym stanem mojej matki.
W drodze do marketu, towarzyszyło mi dziwne uczucie, że ojciec powiedział mamie coś, co musiało ją bardzo zranić. Nigdy nie widziałam jej tak cichej i zamkniętej w sobie, nawet w trakcie i już po rozwodzie. Może powinnam naciskać na rozmowę, ale trochę zbiła mnie z tropu, prosząc o te zakupy. Byłam zła na ojca, że wtrącał się w nasze życie. Mieszkałyśmy tysiące kilometrów od niego, mama robiła co mogła, aby niczego nam nie brakowało, a on odzywał się przy pomocy durnej kamerki i śmiał nas krytykować. Nie wiem, jakim prawem, kontaktował się z moją szkołą i pytał o oceny. Nie było go z nami, więc nie powinien wpychać nosa tam, gdzie go nie chciano. A ani ja, ani mama już nie widziałyśmy dla niego miejsca w naszym życiu.
Kupiłam wszystko, co było zapisane na liście, i nadal zła, wyszłam ze sklepu. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego ojciec tak nagle się odezwał. Przez równe sześć miesięcy olewał mnie i mamę, miał szeroko w dupie, co się z nami działo, i nagle, ni stąd, ni zowąd, dzwoni przez Internet i wmawia, że mama źle mnie wychowywała. Miałam przecież siedemnaście lat, według polskiego prawa niedługo kończyłam pełnoletność, a on się nagle za wychowywanie zabrał. Wszystko ładnie i pięknie, tylko szkoda, że zechciał to robić jakieś... siedemnaście lat za późno.
Idąc przez parking, odniosłam wrażenie, że wszystko sprzysięgało się przeciwko mnie. Nawet cholerne siatki musiały się urwać i w efekcie wszystkie moje zakupy wylądowały na ziemi.
Zajebiście! – warknęłam sama do siebie, uklękłam i zaczęłam zbierać produkty. Chciałam ułożyć siatki tak, by jakoś to donieść do domu, ale cokolwiek zrobiłam, zakupy ponownie lądowały na kostce brukowej.
Charlotte?
Usłyszałam nagle znajomy głos, od którego zmroziło mnie w środku. O nie, powtarzałam sobie w myślach. Tylko nie on! Niepewnie podniosłam głowę i napotkałam szare oczy Roberta Kulczyckiego. Mężczyzna schylił się i pomógł mi zbierać zakupy.
Och – wydusiłam – dzień dobry. Widzi pan, mam dzisiaj jakiś kiepski dzień.
Pan Robert zaśmiał się cicho.
Widocznie nie tylko mnie dzisiaj pech prześladuje – rzekł radośnie. Miał na sobie czarne dresy z pomarańczowym napisem na prawej nodze i czarną rozpiętą kurtkę, spod której wyłaniała się biała bluza z nadrukiem.
Ale chyba o wiele lepszy niż mój, skoro tak panu humor dopisuje.
Znów się zaśmiał.
Poczekaj tu chwilę, mam chyba jakieś reklamówki w samochodzie.
Zanim zdążyłam zaprotestować podniósł się i przebiegł przez parking do czerwonego Audi A3, otworzył bagażnik i wyjął z niego reklamówki. W kilka sekund znów znalazł się przy mnie i pomógł mi zapakować wszystkie zakupy.
Dziękuję – rzekłam, chwytając reklamówki i podnosząc się. – Normalnie uratował mi pan życie. Kwitłabym tutaj do nocy.
Znalazłem się w odpowiednim miejscu, o odpowiedniej porze – powiedział z rozbrajającym uśmiechem i wcisnął dłonie do kieszeni kurtki.
Też przyjechał pan na zakupy? – palnęłam bez namysłu.
KRETYNKO DO KWADRATU! A CO INNEGO MOŻNA ROBIĆ W MARKECIE?! Chyba się nawet zarumieniłam, bo poczułam, że twarz zaczęła mnie palić.
W zasadzie to nie – odpowiedział. – Moja znajoma tutaj pracuje, odwiozłem ją.
Rozumiem. – Powinnam się jak najszybciej ewakuować, zanim ponownie zrobiłabym z siebie idiotkę. – Muszę już lecieć, miłego było pana spotkać. Do zobaczenia na zajęciach! – Nie czekając na odpowiedź nauczyciela, wyminęłam go i ruszyłam przed siebie.
Charlotte! – Znów ten seksowny głos.
Niech to diabli!
Tak? – zapytałam, odwracając się w jego stronę.
Daj spokój, nie będziesz tego taszczyć. – Wskazał brodą na moje zakupy. – Podwiozę cię.
Eee... chciał mnie podwieźć? Do domu miałam ledwie kilkaset metrów. Ale Kulczycki chciał mnie podwieźć. Kiedy ponownie mogłabym mieć okazję wsiąść do jego samochodu? Pewnie nigdy.
Mieszkam bardzo blisko – powiedziałam – ale skoro pan nalega – dodałam.
Pan Robert wybuchł śmiechem.
Nalegam – przyznał i wskazał swoje auto.
Mój mózg zrobił minę w stylu „mam focha” i zaczął mnie ignorować. Zdecydowanie bardziej wolał spacer, aniżeli przejażdżkę. W samochodzie pachniało... chyba lawendą. Nie byłam do końca pewna. Kulczycki odpalił silik i zanim wycofał, uśmiechnął się w moją stronę i włączył radio. Nie umknęło mojej uwadze, że z boku wepchnięty był niebieski pendrive, który po chwili zaczął mrugać i rozbrzmiała znana klubowa piosenka. Zdziwiłam się trochę, bo sądziłam, że ktoś taki jak Kulczycki, będzie bardziej gustował w muzyce klasycznej. Siedziałam na miejscu pasażera i oprócz zapachu lawendy, czułam jeszcze perfumy mężczyzny.
Jeju... dlaczego ja się zgodziłam na tę podwózkę?
To powiesz, co ci dzisiaj tak humor popsuło? – zagaił, włączając kierunek i skręcając w lewo.
Droga do mojego domu prowadziła w prawo, ale mi tam. Niech mnie wywiezie w szczere pole, myślałam.
Mój ojciec – powiedziałam gorzko.
Przez ostatnie dwa tygodnia poznałam mojego nauczyciela na tyle, że wiedziałam, iż mogę mu mówić o niektórych sprawach. Ale tylko niektórych.
Ach, tatuś – rzekł z uśmiechem. – Pamiętam te czasy. Co prawda, ja się z moim ojcem nie kłóciłem, ale moja siostra i owszem. Ciągłe awantury, zwłaszcza, kiedy dorastała.
Ale pana ojciec, na pewno nie jest skończonym bucem. – Założyłam ręce na piersi.
Zgadza się – potwierdził, a ja zerknęłam w jego stronę. – Ale jest bardzo surowy i lubi wszystkich kontrolować.
Nawet pana?
Czasami nawet mnie – odwdzięczył spojrzenie, uśmiechając się w moją stronę.
Boże, dlaczego on się wciąż uśmiechał?!
Charlotte – zaczął po chwili – jestem pewien, że cokolwiek twój ojciec robi, robi to z troski o ciebie. Jesteś jego córką, martwi się.
Tak, tak – odpowiedziałam. – Dlatego siedzi w Stanach i praktycznie się do mnie nie odzywa. Niech pan zjedzie na rondzie drugim zjazdem – poinstruowałam. Doszłam do wniosku, że poprowadzę go naokoło miasta, i w ten sposób dotrzemy do mojego domu.
Pan Robert kiwnął głową i zrobił tak, jak poprosiłam.
Nie chcę nikogo usprawiedliwiać – powiedział – ale kiedy z nim rozmawiałem...
Słucham?! – zawołałam, przerywając wypowiedź.
Sądziłem, że wiesz – zdziwił się. Położył prawą rękę na drążku zmiany biegów.
Wiem, że dzwonił do szkoły, ale nie miałam pojęcia, że z panem rozmawiał – wyznałam zgodnie z prawdą.
Nie tylko ze mną się kontaktował, ale z dyrektorem i twoją wychowawczynią także.
Patrzyłam na mężczyznę całkowicie zdumiona. Po cholerę ojciec gadał aż z tyloma ludźmi? Z wychowawczynią okej – pewnie chciał się dowiedzieć jak mi idzie w szkole, z Kulczyckim też spoko – interesowały go dodatkowe zajęcia. Ale dyrektor? Nie umiałam znaleźć na to wyjaśnienia.
Dlaczego ojciec rozmawiał z dyrektorem? – zapytałam na głos.
Profesor wzruszył ramieniem.
Nie wiem. Sądziłem, że ty mi powiesz. – Spojrzał na mnie. – Gdzie teraz?
Dojeżdżaliśmy do skrzyżowania.
W prawo – odpowiedziałam, jednak myślami byłam daleko w USA przy ojcu, który ewidentnie coś kombinował.
W sumie, to nawet dobrze, że ciebie spotkałem, Charlotte. – Kulczycki zmienił temat. – Chciałem cię gdzieś zaprosić.
Moje myśli natychmiast wróciły do Polski.
Zaprosić? – zapytałam zaskoczona.
Kiwnął głową.
W piątek w tutejszym Domu Kultury odbędzie się przedstawienie. Przyjadą aktorzy z Londynu.
Teatr?
Zaraz, zaraz... zaraz. Czy Kulczycki zapraszał mnie na spektakl?!
Chcę zabrać kilku uczniów. Pomyślałem, że może cię to zainteresować.
Och... całą grupą. Moje ekscytacja gdzieś uleciała.
Jasne. – Starałam się, by nie wyczuł zawodu w moim głosie. – Chętnie pójdę.
Zorientuję się w temacie i na zajęciach dam ci znać – powiedział wyraźnie zadowolony. – Popytaj wśród kolegów i koleżanek, może ktoś zechce dołączyć.
Oczywiście, że zapytam – rzuciłam.
Cholerna, naiwna gówniara, myślałam. To twój nauczyciel! WBIJ TO SOBIE DO TEJ TĘPEJ BANI!
Może się pan tutaj zatrzymać – dodałam, zdając sobie sprawę, że byliśmy na mojej ulicy.
Chwyciłam moje siatki w ręce, a pan Robert posłusznie zaparkował przy krawężniku.
Dziękuję za podwózkę. Do widzenia! – Już chciałam wysiąść, ale poczułam delikatny uścisk na moim przedramieniu.
Poczekaj, Charlotte – rzekł i natychmiast zabrał rękę.
Wyglądało to tak, jakby się przestraszył. A ja? Ja przepadłam totalnie, po moim ciele przebiegło z milion mrówek.
Tak?
Czekałam z nadzieją na odpowiedź. Oczekiwałam... cholera wie czego.
Gdybyś... – Podrapał się po głowie z zakłopotaniem. – Masz mój numer, jak coś – wydusił wreszcie. – Pisz śmiało.
Patrzyłam przez chwilę na jego przystojną twarz, a mój mózg z wrażenia upuścił talerz zupy. Zamrugałam kilka razy, chcąc się przywołać do porządku i mocniej ścisnęłam reklamówki.
W porządku – wyjąkałam wreszcie, otworzyłam drzwi i wysiadłam.
Nawet się nie pożegnałam.

_______________

Maraton LOTTE w toku :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz