Kolejne
dni mijały spokojnie. Matka Teresa wróciła do swojej zwykłej
formy i z samego rana stała już u mnie w pokoju, znów wypytując o
swoją figurę. Sara jak zwykle kłóciła się z Arturem, a w
poniedziałek się wściekła, ponieważ zapomniała o wtorkowych
urodzinach Aśki. Pan Robert...
Jego
sprawa nie dawała mi spokoju. Nie rozumiałam, dlaczego chciał,
abym do niego napisała. Przez chwilę sądziłam, że może miał na
myśli coś związanego z zdaniami z angielskiego. Chodziło o to,
bym dała znać, gdybym miała problem z jakimś ćwiczeniem lub
zrozumieniem czegoś, ale wszystko mi podpowiadało, że miał na
myśli zupełnie coś innego.
Po
naszym przypadkowym spotkaniu przed marketem znowu nie mogłam
zasnąć. Coraz częściej łapałam się na tym, że moje myśli
nawiedzał boski Adonis i robił mi istne „kiełbie we łbe”.
Doszło nawet do tego, że wystukałam w moim telefonie wiadomość o
treści „dobranoc panie profesorze” i nawet chciałam ją wysłać.
W ostatniej chwili jednak stchórzyłam i rzuciłam telefon w stertę
ciuchów, lezących na podłodze. Przez całą niedzielę chodziłam
jak struta, zadręczając się myślami o wysłaniu chociaż
krótkiego SMS-a, ale w rezultacie nic nie zrobiłam. Nie byłam
pewna reakcji pana Roberta. Nie wiedziałam, czy dostałabym burę za
zawracanie mu głowy w weekend? A może nie odpisałby wcale, ale za
to na zajęciach dałby mi nieźle popalić, tak jak ostatnio
dziewczynom na lekcji? W poniedziałek natomiast, spotkałam go na
jednym z korytarzy w szkole i serce zabiło mi mocniej. Tym bardziej,
że kiedy mnie mijał, uśmiechnął się szeroko i rzucił wesołe
„dzień dobry, Charlotte”.Tak... zaczynałam być głupią
gówniarą, która miała siano w głowie. I chyba naprawdę tak
było, bo najwidoczniej, mój mózg postanowił się wynieść na
dobre.
We
wtorek rano, wyjątkowo, zamiast rano do szkoły, pobiegłam najpierw
do Sary, aby złożyć Asi życzenia urodzinowe. Normalnie zrobiłabym
to po lekcjach, jednak dziewczynka zamierzała świętować u
dziadków, więc zanim skończyłybyśmy z Sarą zajęcia,
dziewczynki już by nie było. W prezencie wręczyłam jej ogromne
pudło farb plakatowych, o których ostatnio cały czas mówiła,
blok rysunkowy oraz lalkę Barbie, którą kupiła moja mama.
–
Jezu, dziękuję, dziękuję! – piszczała mi do ucha,
wieszając się na szyi z radości.
Sara
jeszcze zaspana, stała w piżamie u dołu schodów i ziewała
demonstracyjnie.
–
Jak ja ci współczuję, że musisz już do szkoły biec
– powiedziała i skrzywiła się, gdy z kuchni wyjrzała ciemna
głowa Artura, który zwyczajnie chciał się przywitać.
–
Za dwie godziny ty też będziesz musiała. –
Wytknęłam jej język, życzyłam jeszcze raz Aśce wszystkiego
najlepszego i wybiegłam z domu Głogowskich.
Gdybym
wiedziała, co wydarzy się na wtorkowych zajęciach u Kulczyckiego,
nigdy bym tam nie poszła. Nie zjawiłabym się na nich ani w środę,
ani w żaden inny dzień tygodnia i nigdy, przenigdy, ever. Na
początku, sądziłam, że to będzie dobry dzień. A wszystko
dlatego, iż po raz pierwszy od wielu dni, do sali wkroczyłam równo
z dzwonkiem. Pan Robert, boski jak zwykle, przywitał się ze mną i
niemal natychmiast podał książkę. Miał na sobie niebieską
koszulę w kratę, którą lekko rozpiął pod szyją. Jasne jeansy
idealnie podkreślały umięśnione uda i uwydatniały jego tyłek,
który Sara nazwałaby „apetycznym”. Uśmiechnął się do mnie
przyjaźnie, gdy usiadłam na swoim zwykłym miejscu.
–
Dowiedział się pan czegoś o tym spektaklu? –
zapytałam, zanim zaczął prowadzić lekcje.
–
Aaa, tak – rzekł. – Przedstawienie zaczyna się o
godzinie siedemnastej. – Wstał i zaczął wertować swoją
książkę. – Myślę, że zbiórkę zrobimy przed domem kultury.
–
Dużo osób będzie? – Nie wiem czemu, ale zależało
mi, aby było ich jak najmniej.
–
Jeszcze nie wiem. – Wzruszył ramionami, a potem
puścił mi oczko. – Najwyżej pójdziemy we dwoje.
O
jacie... we dwoje.
–
Jasne – mruknęłam trochę onieśmielona.
Trochę...
dobre sobie. Moje serce waliło jak opętane! Starałam się skupić,
ale moje wszystkie myśli przepadły w momencie, w którym pan Robert
powiedział, że być może na spektakl pójdziemy sami. Wizja nas
dwojga, zupełnie osamotnionych, oglądających sztukę, doprowadzała
mnie niemal do szaleństwa. Niemal przez całe zajęcia czułam
niesamowite gorąco, serce dudniło mi w piersi, a mózg... on to
chyba całkowicie wyparował.
Kulczycki
jak zwykle krążył po sali, a za każdym razem kiedy mnie mijał,
moje ciało przechodził dreszcz. Dokładnie taki sam jak w
samochodzie, kiedy dotknął mojego ramienia.
–
Jeszcze raz – polecił, bo po raz kolejny podałam złą
odpowiedź. – Postaraj się Charlotte. Znasz odpowiedź.
Oczywiście,
że znam, myślałam. Jak mogłabym nie znać? Tylko to twoja
obecność, człowieku, nie pozwala mi się skupić. Weź wyjdź i po
sprawie.
–
Naprawdę nie wiem – jęknęłam i odrzuciłam ołówek.
Mężczyzna
zatrzymał się koło mojej ławki, popukał palcem w treść
zadania, widniejącego w mojej książce.
–
Jeszcze raz – polecił uprzejmie. – Postaraj się
bardziej skupić.
Równie
dobrze mógł powiedzieć, że mam przestać oddychać i mimo to, żyć
dalej. Przecież to niemożliwe, zwłaszcza przy kimś takim, jak on.
Ale co ja mogłam? Postanowiłam się zebrać w sobie i znów
przeczytałam polecenie, a następnie zadanie.
–
Naprawdę nie umiem na to odpowiedzieć – westchnęłam,
odsuwając od siebie książkę.
Pan
Robert patrzył na mnie przez chwilę, potem okrążył biurko, i ku
mojemu zdziwieniu, usiadł na krześle obok mnie.
JEZU!
–
Dobra, Charlotte. – Zamknął mój podręcznik i
rzucił na biurko. – Co się dzieje?
Nic,
a co ma się dziać? Po prostu działasz na mnie powalająco.
–
Nic, naprawdę – odpowiedziałam, chociaż czułam, że
patrzył na mnie przenikliwie.
–
Nie jestem ani ślepy, ani głupi – rzekł. – Masz
jakieś kłopoty?
–
Nie. – Pokiwałam przecząco głową.
Jakoś
nie umiałam spojrzeć na mojego nauczyciela. Wystarczyło, że
siedział bardzo blisko mnie i czułam jego zapach. To całkowicie
mnie wyłączało i było jednym z powodów, dla których nie
chciałam mieć tych głupich zajęć. Wiedziałam, że prędzej czy
później, zadurzę się, jak cała reszta tych wszystkich dziewczyn!
–
Znów masz problemy z chłopakiem? – dopytywał.
–
Z jakim chłopakiem? – Spojrzałam na pana Roberta, a
widząc jego zdziwiony wyraz twarzy, zrozumiałam, że popełniłam
gafę. Przecież powiedziałam mu, że mam chłopaka! – Nie, nie
chodzi o niego – dodałam szybko, by jakoś ratować sytuację.
Czy
podkreślałam już, że bywam kretynką do potęgi?
–
Więc co się dzieje? – Patrzyłam prosto w oczy
mojego profesora i znów miałam wrażenie, że porwał mnie wielki
sztorm.
Bujał
mną na prawo i lewo oraz podrzucał, jak szmacianą lalką. Te
piękne, stalowe oczy, patrzące prosto w moje.
Rany
Julek...
–
Nic się nie dzieje – skłamałam. – Po prostu to
zadanie jest trudne.
–
Bzdura – skwitował. – Od dwunastu minut ślęczysz
nad ćwiczeniem, które już kiedyś rozwiązałaś.
Cholera
jasna! I jak ja miałam z tego wybrnąć? Wiedziałam, że Kulczycki
tak łatwo mi nie odpuści.
–
Charlotte, jeżeli coś się dzieje, możesz mi
powiedzieć. Jestem twoim nauczycielem, ale nie znaczy, że musisz
się przede mną ukrywać. Jestem też od tego, by wysłuchać i
pomagać. Między innymi dlatego, zapisałem ci mój numer. Żebyś
mogła pisać lub dzwonić o każdej porze dnia i nocy.
–
Nawet jeżeli wszystko będzie w porządku? –
zapytałam tak nienaturalnie cichym głosem, że sama się zdziwiłam.
Pan
Robert patrzył przez chwilę prosto w moje oczy, a potem, sama nie
wiem jakim cudem, ale ciepłe palce jego dłoni, znalazły się na
mojej brodzie. Niech mnie diabli porwą, pomyślałam. Przez moje
ciało przeleciało... kij wie co. Ale przyprawiło mnie o ciarki.
Cholernie miłe, przyjemne mrowienie i jeszcze nigdy nie czułam
czegoś takiego.
–
Nawet jeżeli wszystko będzie w porządku – powtórzył
równie cicho.
Tak
cicho, że jego głos wydał mi się jeszcze bardziej seksowny niż
zwykle. Jego palce sunęły po mojej brodzie, żuchwie i policzku.
Przyjemnie ciepła i szorstka dłoń gładziła moją skórę. Szare
tęczówki Kulczyckiego, przyspieszony oddech, dłoń na mojej
twarzy... to było najcudowniejsze uczucie na świecie. W mojej
głowie wybuchła istna burza z piorunami. Ciało i serce pragnęło
bliskości tego mężczyzny, mózg który dotychczas gdzieś się
ukrywał, nagle zaczął głośno i stanowczo protestować. Czułam
delikatny oddech profesora na mojej twarzy. Jego piękne oczy były
coraz bliżej moich, a blond grzywka zaczęła mnie łaskotać w
czoło. Wiem, że powinnam była coś zrobić. Zaprotestować,
odsunąć się, odepchnąć go, albo zwiać z krzykiem.
Powinnam,
ale nie chciałam i tu był pies pogrzebany. Usta pana Roberta
delikatnie dotknęły moich. Niepewnie, zupełnie tak, jakby
mężczyzna oczekiwał, że się odsunę.
O
BOŻE, BOŻE, BOŻE!
Pocałunek
był tak subtelny i delikatny, że przez chwilę miałam wrażenie,
iż to wszystko mi się śniło. Naprawdę siedziałam w klasie, na
głupi krześle, i pozwalałam się całować mojemu nauczycielowi!
Język mężczyzny delikatnie wsunął się do moich ust i... BUUM!
W
mojej głowie wybuchła jakaś istna bomba. Mózg wyleciał w
powietrze, serce waliło jak zwariowane, a ja całkowicie
zapomniałam, kim był dla mnie ten człowiek. Po prostu przepadłam.
Poddałam się i amen. Straciłam kontrolę nad tym, co robiłam i
zarzuciłam ręce na kark pana Roberta. Oddawałam pocałunek
najlepiej jak porafiłam, a wszystko we mnie wybuchało, niczym
fajerwerki.
Kulczycki
odsunął swoje usta i oparł czoło o moje. Oczy miał zamknięte, a
ja powoli odzyskiwałam zdolność logicznego myślenia.
Kurwa.
Całowałam
się z własnym NAUCZYCIELEM. Czy mnie posrało do reszty?! Dłonią
wymacałam mój plecach i chwyciłam go mocno.
–
Charlotte – wyszeptał pan Robert.
Chyba
chciał coś powiedzieć, ale głos najwidoczniej uwiązł mu w
gardle. Odsunęłam się od mężczyzny, wstałam i cofnęłam o
kilka kroków. Kulczycki wyglądał na zaskoczonego, jednak w mojej
głowie odbywała się istna bitwa myśli.
–
Pójdę już – rzuciłam szybko i zanim zdążył
cokolwiek zrobić lub powiedzieć, wybiegłam z klasy nadal nie
wierząc w to, co się stało.
Od
razu pobiegłam do łazienki, po czym zamknęłam się w jednej z
kabin. Tam osunęłam się po ścianie na ziemię, wyrzucając swoją
głupotę. Co ja najlepszego narobiłam? Cholerna kretynka! To twój
nauczyciel, powtarzałam sobie w myślach. Uczy cię, a ty się z nim
całujesz! W dodatku w szkole, gdzie każdy może nas przyłapać!
Jeszcze
nigdy nie czułam się tak... sama nie wiedziałam jak. Byłam
roztrzęsiona i szczęśliwa zarazem. Nareszcie miałam pewność, że
pan Robert naprawdę był mną zainteresowany, ale... no właśnie.
Ale nie chciałam się pakować w kłopoty, z powodu jakiegoś
durnego zauroczenia. Poza tym, to dorosły mężczyzna. Co jeżeli
miał rodzinę? Żonę i dzieci?
KUŹWA
MAĆ!
Wyciągnęłam
z kieszeni telefon i weszłam w wiadomości.
JA:
Kiedy będziesz w szkole?
SARA:
Już jestem, siedzę pod klasą.
JA:
Przyjdź do łazienki.
Pięć
minut później do moich uszu dotarł dźwięk głosu przyjaciółki:
–
Lotte! Jesteś tutaj?
Otworzyłam
kabinę i Sara weszła do środka. Gdy zobaczyła mnie na podłodze,
zrobiła duże oczy, uklękła przede mną, patrząc na mnie z
troską.
–
Nie uwierzysz co się stało – powiedziałam niemal z
ironią.
–
Coś złego? – zapytała i zaczęła dotykać moich
ramiona, tak jakby sprawdzała czy byłam cała.
–
Całowałam się.
Uniosła
jedną brew do góry.
–
Jak mi powiesz, że z tym fajtłapą Bartkiem, to ci
lutnę – powiedziała. – Stać cię na lepszą partię.
–
Całowałam się z Kulczyckim – wyszeptałam, a oczy
Sary zrobiły się wielkie jak talerze obiadowe.
–
Świrujesz! – zawołała. – Jak było? Opowiadaj!
Posłałam
jej gniewne spojrzenie. Czy ona nie widziała, że byłam w rozsypce?
–
Wiesz, w co ja się wpakowałam? – jęknęłam niemal
z płaczem. – To jest nauczyciel.
–
Gówno, a nie nauczyciel. – Uśmiechnęła się
szeroko. – Opowiadaj lepiej, jak było? Kto zainicjował pocałunek?
Jak to wyglądało? Jaki jest?
Jęknęłam
zrozpaczona. Czego mogłam się po Sarze spodziewać? Przecież było
oczywiste, że ją ta historia wkręci i to na tyle, że wszelkie
moje słowa zbagatelizuje.
–
On, ja... sama już nie wiem. – Walnęłam tyłem
głowy o ścianę. – Stało się coś, co nie powinno się stać,
Sara. Jak ja będę się teraz pokazywać na lekcjach? Na tych
głupich zajęciach?
–
Spokojnie. – Chwyciła mnie za ramię i pomogła
wstać. – Nie dramatyzuj, poczekaj na jego krok.
Ponownie
spojrzałam na nią gniewnie.
–
To jest...
–
Wiem! – przerwała mi. – Ale zobaczysz, że sam się
do ciebie odezwie. Będzie panikował, że wygadasz komuś, co się
wydarzyło. Don't panic, baybe.
–
Łatwo ci powiedzieć – warknęłam, wychodząc z
kabiny.
Przez
resztę lekcji nie widziałam Kulczyckiego i może to lepiej. Bałam
się tego, jakie konsekwencje mogły wyniknąć z tej jednej chwili
słabości. Niby krótki moment, a namieszał mi w głowie jak
betoniarka. Z jednej strony cieszyłam się, że do tego doszło, z
drugiej... Byłam skołowana i sama nie wiedziałam, co powinnam o
tym myśleć.
Po
powrocie do domu, nie zastałam mamy, i to było lekko zadziwiające.
Sądziłam, że w dzień będzie w domu, bo odwołali jej jakieś
zajęcia na uczelni. Dopiero w kuchni znalazłam kartkę, przyklejoną
do lodówki.
Jestem
na randce. Wrócę przed dwudziestą. Całuję, mama.
Zajebiście.
Jakby
tego było mało, okazało się, że Teresa chodziła na jakieś
randki. Weszłam do salonu i walnęłam się na kanapę w nadziei, że
może odpoczynek pozwoli mi na to wszystko spojrzeć z dystansu. Ale
niestety. Im więcej myślałam, tym bardziej bolała mnie głowa. Z
rozmyślań wyrwał mnie dźwięk wiadomości. Sądząc, że to jakiś
bzdurny SMS od Sary, otworzyłam niemal natychmiast.
ROBERT:
Powinniśmy porozmawiać. Możemy się spotkać?
Moje
serce znów zabiło mocniej. Nie chciałam się z nim spotykać. Nie
w tamtym momencie, nie po tym co się wydarzyło. Na początku nie
zamierzałam odpisywać, ale uznałam, że byłoby to zbyt
niegrzeczne.
JA:
Nie.
Wysłałam
i wyłączyłam komórkę. Zdecydowanie wpakowałam się w największe
gówno w moim życiu.
____________________
Maraton LOTTE
Zostały jeszcze trzy rozdziały :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz